Ania i Harry…

Dziś do wszystkiego podchodzimy jak do najważniejszego zadania w życiu.

Wszystko jest niczym projekt. Do zrealizowania na już. Na teraz. Na zaraz. Najlepiej w 100%. Pani dziwiąca się, że dziecko może czytać książki w wakacje skłoniła mnie do tego wpisu.

Zaczęłam czytać o tym, jak nauczyć własne dziecko czytać. I… zamurowało mnie totalnie. Nigdy aż tak nie zgłębiałam tego tematu, nie wiedziałam więc, jak ważne jest uczenia kilkumiesięcznych szkrabów czytania z punktu widzenia tego, co można znaleźć w Internecie. No to się dowiedziałam! Byłam chyba wcześniej jakąś totalną ignorantką! Choć właściwie, było mi z tą ignorancją bardzo dobrze.

Mój syn nauczył się czytać zanim poszedł do szkoły, a poszedł z uwagi na obowiązujące go przepisy w wieku 5 lat i 10 miesięcy. A więc poszło mu całkiem świetnie.

Jak tego dokonał?

Rozczaruję Was, że nie poszukiwałam dla niego żadnych najnowszych metod, sprawdzonych w Stanach i przeniesionych na naszą polską ziemię. Nie stosowaliśmy jak niektóre matki, które nie wiem, kiedy mają na to czas, ani metody sylabowej, ani metody Domana (nauka całymi wyrazami z wykorzystaniem plansz). Właściwie, to nie wiedziałam, czy i jakie metody istnieją. Nigdy sobie jakoś tym szczególnie nie zaprzątałam głowy.

Po prostu mu czytałam. Od zawsze. Jak jeszcze był w moim brzuchu, to czytałam mu z mężem kołysanki. Potem, jak się urodził, obowiązkowo czytałam mu te same kołysanki. Potem kupowałam książeczki, miałam taki etap fascynacji, że musiałam zapełnić nowiutkie regały… A więc czytaliśmy i czytaliśmy, tak że dobrze znałam każdą bajkę. A mój syn zapamiętywał za którymś razem, co się wydarzyło na konkretnej stronie. Nieraz otwierał na losowej kartce, a właściwie to na ulubionej i mówił: Odtąd czytaj. Więc czytałam tak bez końca.

Nie miałam wtedy czasu na Internet, na blog ani na czytanie o tym, jak nauczyć dziecko czytać.

Niby kupiłam jakieś literki plastikowe i takie magnesy, i próbowaliśmy układać z tego jakieś słowa, ale… nie było to ulubione zajęcie syna. A czytanie takim się stawało.

W wieku 7 lat, kiedy przeczytał całą serię o Harrym Potterze, usłyszał w szkole, że… to niemożliwe!

Harry stoi w domu, wybrane części, przeczytane po 2 lub 3 razy.

Z biegiem czasu zauważyłam, że dziecko szybko wyrasta z książek.

Teraz już coś innego jest fajne, choć dalej dobrze jest, jeśli jest w tym jakaś magia i fantastyka. Coraz bardziej więc doceniam bibliotekę, choć przyznam, że bardzo lubię nowe książki.

Jednak wracając do nauki czytania, to ważną rolę odegrały u nas KOMIKSY. Krótkie słowa, teksty. Łatwo zapamiętać, potem odtworzyć. Właśnie dzięki komiksom mój syn nauczył się czytać. Od razu całymi wyrazami. Rozmawiałam wówczas i później z różnymi osobami – nauczycielami i paniami w bibliotekach, ale nikt nie słyszał o czymś takim. Każdy mówił – wiesz, fajny pomysł i tyle.

A ja myślę sobie, że warto znaleźć swoją własną metodę, nawet jeśli nikt jej nie opatentował.

Dziś mamy do wyboru dużo więcej komiksów niż kilka lat temu. Wtedy komiksy były raczej niemodne, dziś wracają do łask. Śmieję się, że ze wszystkim jest łatwiej, jak już skończymy dany etap. Choć z drugiej strony, w dzisiejszych czasach bywa też i bardzo trudno, zwłaszcza jeśli się szuka porady w Internecie, bo nie ma się pomysłu, jak i od czego zacząć, a zalew informacji jest taki, że głowa aż puchnie. I wydaje Ci się, że nic nie wiesz.

A przecież Ty wiesz najlepiej jak jest i być powinno.

Nie uczyłam swojego syna czytać, żeby był geniuszem i miał szóstki w szkole. Było to raczej dla mnie naturalne, żeby mu pokazać, że czytanie jest fajne. Ja zawsze czytałam przed snem, kiedy byłam dzieckiem. Czytałam i jadłam jabłka. Potem miałam książki i ogryzki przy łóżku…

A Wy jakie macie wspomnienia związane z książkami z dzieciństwa?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *