Asertywność za 10 zł

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Ile warte jest Twoje 10 zł? Czy warto się denerwować, czy może lepiej stracić te 10 zł?

Mój syn z imprezy charytatywnej w tamtym roku przywiózł super piłkę, która przeleżała kilka zimowych miesięcy. A że nie był dotychczas zapalonym piłkarzem, pomyślałam sobie nieraz: „Pal licho, trudno, ważne, że pieniądze poszły na szczytny cel.” Aż tu nadeszło lato i mój syn, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, został pasjonatem kopania piłki przez kilka godzin dziennie! Czyli dobro powraca, bo ja się cieszę, że ma dużo ruchu na świeżym powietrzu dzięki tej piłce.

Mija niecały rok i jedziemy na kolejną imprezę charytatywną. Nic wielkiego i nawet wracamy z pustymi rękami po niedługim czasie, ale nie o to w gruncie rzeczy chodzi. Człowiek jedzie na takie wydarzenie z takim jakimś miłym przekonaniem w sercu, że chce komuś pomóc. I nagle dostaje obuchem w głowę, gdy ktoś inny próbuje go naciąć. Syn chciał poskakać na trampolinie na linach (eurobungee). A że jakoś tak się złożyło, że nigdy wcześniej nie miał okazji tego spróbować, bo a to kolejki były mega długie, a to gdzieś się spieszyliśmy, a tu, proszę, mała impreza, skacze sobie kilkoro dzieci radośnie. I nie ma kolejki, przed nami jeden chłopiec. Więc kupujemy bilet i czekamy aż jedno dziecko skończy skakać. Potem pan zaczyna syna przypinać i nagle…. On zaczyna marudzić, że się boi, że nie chce i zgina nogi coraz niżej. Pan zaczyna się niecierpliwić, pogania Filipa, my też zaczynamy się niecierpliwić. Zachęcamy jakoś w pośpiechu, bo pan coraz bardziej zirytowany, a syn mówi, żeby on go odpiął, więc pan zaczyna wreszcie krzyczeć na niego i ostatecznie go rozpina. Zakładamy buty i odchodzimy. Odchodzimy jak te ostatnie ofermy, przejęte faktem, że syn nie chciał skakać (stwierdził potem, że go zemdliło strasznie jak popatrzył w niebo) pomimo wcześniejszych zapewnień, że będzie skakał. Daliśmy się bezczelnie naciąć! Odchodzimy i idziemy do pięknego parku na spacer i tam dopiero mnie olśniewa! Olśniewa, że przecież zapłaciliśmy za swoje 5 minut skakania 10 zł, więc nam się 5 minut należało! Tymczasem facet poświęcił nam co najwyżej 1 minutę, a przecież każde dziecko zapina i dopiero wtedy uruchamia stoper. Już nie wspomnę o tym, że krzyczał i zachowywał się totalnie nieodpowiednio. Dodatkowo, biorąc pod uwagę całą sytuację i to, że nie było żadnej kolejki, pan powinien chyba zaproponować nam, że może za chwilę syn spróbuje ponownie. Nic z tych rzeczy! Żeton oddany, koniec tematu. Jakie leszcze z nas! Piszę to z niesłabnącym od wczoraj rozczarowaniem, bo stwierdzam po raz kolejny nieśmiało, że wystarczy odrobina tupetu, żeby człowieka zbić z pantałyku i sprawić, że podkuli ogon i odejdzie bez słowa. Bez słowa skargi, pretensji, a tym bardziej wyjaśnienia czy czegoś podobnego. Sprzedane, kupione, transakcja zakończona, pozamiatane.

Czy często nie jest tak, że ktoś pewniejszy od nas wpędza nas w jakieś totalne zakłopotanie, że to my się z czymś wygłupiamy? Ostatnio w jednym ze sklepów reklamowałam łącznie 3 sukienki, które kupiłam razem w sklepie internetowym. Jedna była totalnie krzywa, druga się skurczyła, a trzecia cała się pruła. Wszystko po 1 lub 2 praniach. Pani – zastępca kierownika sklepu oczy na mnie wybałuszyła, że ja tu niby co, trzy rzeczy aż reklamuję?! A ja do niej kulturalnie, że „Ja u Państwa zbyt wiele rzeczy kupuję i tym razem to jestem zmuszona reklamować te sukienki, bo są totalnie złej jakości, a ja je prałam odpowiednio.” A na koniec oddałam jeszcze 2 rzeczy ze sklepu internetowego, które mi się nie podobały. Całość załatwiania zajęła mi i pani dobrą godzinę, choć w sklepie nie było żadnych innych klientów poza mną, bo byłam z samego rana, kiedy tylko otworzyli sklep. Tak mnie to wszystko zmęczyło, że nie miałam już siły na nic. Ale byłam dumna z siebie, że się nie dałam i reklamowałam, i oddałam wszystko, jak chciałam. Przyznam szczerze, że jestem strasznym klientem, bo wybrednym i czepiam się drobiazgów, ale czy naprawdę w dobie zalewu rzeczy materialnych nie mamy prawa oczekiwać, że coś co kupujemy, będzie dobre dłużej niż tylko do pierwszego prania?!

Uczę się cały czas asertywności. Nieraz, jak mnie ktoś zaskoczy, to zapominam języka w gębie i nie walczę o swoje. Ale czasami, coraz częściej twardo domagam się swojego. Skoro wiem, że mi się należy. Wczoraj stwierdziłam, że należało wrócić i powiedzieć panu, że przecież zapłaciliśmy za 5 minut, a nie 2. Ale odpuściłam. W życiu nie chodzi o drobiazgi i wydane niepotrzebnie 10 zł. O wiele więcej warta była ta refleksja, że uległam pod naporem kogoś agresywnego. Wszyscy ulegliśmy. Ale następnym razem będę wiedziała, co powiedzieć. I to było warte moich 10 zł.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *