Dlaczego jestem łamistrajkiem?

Jeśli jutro nic się nie zmieni, we wtorek będę uczestniczyć jako członek komisji nadzorującej w egzaminie ósmoklasisty. Podobnie jak byłam nim podczas jednej z części ostatniego egzaminu gimnazjalnego. W skrócie – jestem łamistrajkiem.

Nie strajkuję.

Pracuję w kilku szkołach na części etatu. Coś w stylu 4/22 lub 6/25 etatu. Nieźle to brzmi, co nie? Pracuję też w ramach umowy zlecenia dla urzędu gminy zapewniając pomoc psychologiczną uczniom z danego terenu. I tu zaczynają się schody. Bo kiedy nie jestem w pracy, nie wykonuję powierzonej mi usługi, nie otrzymuję więc za nią wynagrodzenia. Jeśli strajkuję, nie mam płacone. Tak to wygląda. Mogę wystawić rachunek na 0zł…? Pozostałe moje szkoły, w których pracuję w ramach karty nauczyciela, nie strajkują. Tam życie płynie po staremu…

Inaczej niż w szkołach, gdzie jest strajk.

Czasy matury i egzaminów z okresu studiów mam dawno za sobą. Podobnie jak stres egzaminacyjny. Wrócił on do mnie jednak ze zdwojoną siłą w tym dniu, kiedy odbywałam tzw. szkolenie niezbędne do tego, by uczniowie mogli pod moją opieką zdawać egzamin. Zrobiło mi się strasznie nieswojo. Jak wtedy, gdy sama stawałam przed jakimś bardzo trudnym wyzwaniem. Tyle tylko, że tu nic nie zależało ode mnie… Choć właściwie nie do końca tak było.

Wtedy po raz pierwszy poczułam, jak coś ściska mnie mocno za gardło. Ze wzruszenia. Że robię coś dobrze, bo te dzieci muszą ten egzamin napisać. A ja mam szansę w ten sposób zarobić pieniądze, które mi się należą. Że przecież ktoś musi ich pilnować. Że ktoś powinien. Że im nie można odebrać prawa do tego, co im się należy. Zostały same na placu boju. Z paroma nauczycielami, głównie katechetami i mną, którzy nie spotkaliśmy się z uznaniem naszych kolegów. Tych, z którymi dotąd pracowaliśmy. I choć bywało przecież różnie, byliśmy jedną drużyną. W tamtym momencie usłyszałam od innych, że coś się skończyło. Czas współpracy i wzajemnego zrozumienia…

A przecież kiedyś strajk się skończy. I wrócimy do pracy. Ja psycholog. Katecheci. I ci, którzy teraz strajkują. I będziemy razem (?) pracować dla dobra naszych dzieci. Tych, których nie umiałam zostawić w tym ważnym dla nich momencie. Pomyślałam o swoim dziecku. I choć nie zdaje ono żadnych egzaminów, chciałabym, żeby nigdy nie znalazło się pośród tych uczniów, którym nie było dane przystąpić do egzaminów… Tak po prostu. Po ludzku poczułam, że to mój obowiązek. I dziś wiem, że nawet gdybym przystąpiła do strajku, to odstąpiłabym od niego na czas egzaminów.

Może to znowu niezbyt przysparzające popularności co piszę, ale tak się z tym czuję. Uczciwie. Nie tłumaczyłam nikomu spośród strajkujących swoich powodów i tego, co myślę. Bo nie czułam zrozumienia. Uznałam, że jestem po drugiej stronie barykady. Tak jakbym była wrogiem. I zdrajcą. A nim się przecież nie czuję. Pracuję przecież dla dobra dzieci… To mam wpisane w swoją umowę.

Z drugiej strony wiem, że nauczyciele powinni więcej zarabiać. I żyć godnie. I że mamy wielu wspaniałych nauczycieli, którzy nie są właściwie doceniani – nie tylko finansowo. Ale… podobnie jest z wieloma innymi pracownikami, także tymi spoza obszaru oświaty. Tylko ich najczęściej nikt nie słyszy. Nie mają takiej siły przebicia. Nie są zwartą grupą walczącą o swoje prawa.

Dawno temu zrozumiałam, że życie nie jest tak po prostu czarne lub białe. Że to co się dzieje dookoła, nie można czasem tak łatwo określić i przypisać. Podobnie jest w sytuacji strajku, który trwa obecnie. Są w nim dwie strony, które nie potrafią się dogadać. Jest mnóstwo wzajemnego żalu i frustracji. Mnóstwo hejtu, nawet nie wiem, w kogo teraz najbardziej wymierzonego…

Nie widzę w tym jednak troski o dobro dzieci. Tych dzieci, o które mam dbać ja w swojej pracy. Tych, które są coraz trudniejsze i dlatego praca z nimi jest coraz bardziej wymagająca. Tak jest, to prawda. Ale czasów i dzieci nie zmienimy. A czego je uczymy swoją postawą, taką lub inną?

Nic już nigdy nie będzie dla mnie tak po prostu czarne lub białe. Szarość towarzyszy mi każdego dnia. Także w szkole. Pośród niedocenianych nauczycieli i dzieci, o których chyba jednak zapominamy. Gubię się w tym, kto ma rację i dlaczego. Gubię się w tym, po co to wszystko. Chcę, żeby było lepiej, normalniej. Żebym mogła pojechać do pracy, do szkoły, w której usłyszę po prostu gwar dzieci. Ich śmiech i bieganie na przerwie. I słowa: „Czy przyjdzie pani do nas dzisiaj, bo jest jeszcze w naszej klasie trochę agresji?” Dla takich chwil warto żyć. Pomimo wszystkich różnic, które nas dzielą…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *