Dorosły bobas

Zasiedziały dzieciak, dziecko bumerang czy dorosły bobas?

Przychodzi do mnie matka, która cieszy się, że jej syn wreszcie przestał pić. Teraz grzecznie chodzi do pracy, po pracy grzecznie wraca do domu, je obiadek i potem już do wieczora naprawia coś w swoim aucie. Rano nie wstaje za wcześnie, bo mama szykuje mu kanapki. Ona jest szczęśliwa, bo ma pewność, że on nie zagląda do kieliszka. Nie musi się o niego zamartwiać.

Dwa. Przychodzi do mnie małżeństwo. Oboje czynni zawodowo. Żyją na przyzwoitym poziomie. Mieszka z nimi dorosły syn. Nie pracuje. Nie szuka pracy. Twierdzi, że nie może jej znaleźć. Je za ich pieniądze, czasem nawet prosi o drobne, jak wychodzi na miasto.

Trzy. Młoda dziewczyna z dzieckiem. Wychowuje je sama. Wróciła do swojej matki, też samotnej, po tym jak rozstała się z partnerem. Nie ma jeszcze do końca pomysłu na życie, sprawy się trochę skomplikowały, kiedy zaszła w ciążę. Musi odchować małą. Wtedy pomyśli o tym, co dalej.

Cztery. Mój syn. Lat 8. Na moją propozycję, żeby wziął ścierkę i wytarł kurze, krzywi się bardzo. Jego łóżko też wolę sama pościelić, bo jest wtedy szybciej i mam pewność, że pościel nie będzie leżała rozmemłana przez cały dzień. Mam tylko jedno dziecko, więc jakoś ogarniam temat. Może jakbym miała z trójkę, byłoby inaczej? Nie dałabym rady ścielić tylu łóżek i ścierać tyle kurzu?

Mój błąd.

Za każdą z tych czterech historii stoi błąd rodzica.

Kochamy swoje dzieci. Chcemy dla nich jak najlepiej. Czasami utożsamiamy to z nadmierną troską o dziecko. Z rozwinięciem nad nim parasola ochronnego. Chcemy uchronić je przed całym złem tego świata, przed biedą i kredytem, samotnością, uzależnieniami. A zamiast tego wpychamy je w czarną dziurę.

Niby dorośli, a jednak nie. Żyją wciąż na garnuszku rodziców. Nie dokładają się do rachunków, bo albo nie pracują, albo zarabiają tak niewiele, że rodzice nie chcą im „zabierać” ich pieniędzy. Zamiast tego mówią: „My sobie jakoś poradzimy, a on niech sobie odłoży.” Problem w tym, że synek nie odkłada na mieszkanie, bo woli zbierać na… nowy motor. Jeśli tylko ma co odkładać. Czasem z niewielkiej pensji nic nie zostaje po paru wyjściach z kolegami na piwo lub pensja nie jest godna tego, żeby dla niej codziennie rano wstawać. Rodzice więc wstają, a syn śpi do południa, bo przecież wieczorem długo gra na komputerze lub ogląda filmy. „Niech się wyśpi” – mówią rodzice i dodają: „Inaczej będzie nerwowy.” I pozwalają mu zalegać w betach do południa. Potem umawiają go do mnie, ale najwcześniej na 14:00, bo inaczej mógłby nie przyjść. „Ma problem” – mówią – więc dobrze, żeby przyszedł z panią porozmawiać.” Ja widząc sytuację, zapraszam również ich. Jednak oni pośpiesznie i z wdziękiem mówią, że nie mogą przyjść, bo mają dużo pracy, bo przecież „ktoś w tym domu musi pracować.” Przepraszają jednak bardzo za kłopot i mają nadzieję, że uda mi się „naprawić” ich syna. Ja jednak nie mam nawet takiej okazji, bo syn się nie zjawia na umówioną godzinę. Zaspał (!), w nocy nie mógł długo zasnąć z powodu nieznośnego bólu zęba. Jednak nie umawia się wcale na następną wizytę. Zęba zaś idzie usunąć do dentysty, bo ból nie odpuszcza. Rodzice natomiast odpuszczają. Może jednak powinniśmy mu dać więcej czasu? – pytają sami siebie. To może jednak rodzice przyszliby ze mną porozmawiać?

Matka mówi, że ona robi te kanapki, bo inaczej syn głodny poszedłby do pracy i nic nie jadłby do 16ej. On wcale jedzenia nie potrzebuje. Żyje tylko tym motorem lub majsterkowaniem. Na szczęście nie wódką, tylko tego by brakowało. Dlatego ona stara się chuchać na zimne i usuwać mu spod nóg wszelkie przeszkody. Niech się na pracy skupi, najwyżej matce w piecu napali i… tyle. Wystarczy. „A rodzina? – pytam – Jakieś wnuki? Nie chciałaby pani ich kiedyś mieć.” „On się nie nadaje na ojca. Jego ojciec, a mój mąż zostawił nas, jak on był malutki. Nigdy nie miał ojca… To przez to. To dlatego on taki jest.” Najważniejsze, żeby nie pił. To jedyne oczekiwanie tej matki. Reszta jakoś się ułoży.

Na wszystko przyjdzie przecież czas. To zdanie wypowiadają często rodzice, u których mieszkają ich dorosłe dzieci. Przyjdzie czas na pracę, rodzinę, wreszcie – na wyprowadzkę. Tylko, że czas leci, a nic się nie zmienia. Dorosłe dzieci zamiast bardziej dorosłe, stają się coraz bardziej dziećmi. Można znowu im pomatkować, poczuć się jak za młodu.

„To przecież moje jedyne dziecko!” – to argument najcięższego kalibru. Obchodzimy się z nim jak z jajem, bo jest tylko jedno. Co by było, gdyby go zabrakło? Opieramy swoje życie na byciu matką lub ojcem. Na zaspokajaniu potrzeb i niańczeniu dziecka nawet wtedy, gdy nie jest już to konieczne. Chowamy swoje duże bobasy na coraz większe. I cieszymy się, że mamy z nimi kontakt, że są blisko, że nie wyjeżdżają zagranicę, że mają dach nad głową i pełne brzuchy. Że nie zeszły na złą drogę jak dzieci znajomych X czy Y, co to nawet nie odwiedzą chorej matki na starość. Że nie włóczą się po ulicach, że mamy nad nimi kontrolę, że wiemy dokładnie, co u nich słychać, bo widzieliśmy się zaledwie dziś rano. Taki bezpieczny świat. Iluzja, bańka mydlana, która jednak z czasem zaczyna uwierać. Czasem rodziców, innym razem dziecko. Dopóki jednak zgrzyty nie są zbyt mocne, idylla trwa.

No to chyba czas, by nauczyć to moje dziecko wycierać te kurze…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *