Ile sesji z psychologiem?

Chyba kiepski ze mnie psycholog, wiecie?

Jak przychodzi do mnie klient z problemem, to nie potrafię mu jasno i klarownie podać: Ma Pani jeszcze przyjść 8 razy, to Pani problem zniknie. No dobra, to może chociaż z 6 spotkań wystarczy, żeby problem choć trochę się rozwiązał. Jeśli interesuje Cię dokładna ilość spotkań, jakie powinieneś odbyć, zapraszam pod inny adres.

W sieci mnóstwo jest psychologów (i nie tylko), którzy dokładnie sprecyzują, ile spotkań powinieneś (!) odbyć, żeby poczuć się lepiej. Spotkań jeden na jeden z terapeutą, ale także np. z partnerem, dzieckiem, teściową czy kimkolwiek innym, z kim wiąże się Twój problem.

No to ja się wyłamuję i napiszę Ci, że uważam, że nie ma czegoś takiego, jak liczba spotkań, które powinieneś odbyć. Owszem, dobrze byłoby, żebyś nie zakończył swojej pracy nad problemem na 1 spotkaniu, ale… Zdarza się i tak. I wybaczcie mi, ale nie wierzę w to, że zawsze wtedy winny jest psycholog, specjalista, terapeuta. Może nie ma zresztą winnych, są za to ci, którzy nie są na danym etapie GOTOWI na zmianę. Nie chcą zmian.

Przychodzi żona alkoholika i pyta (standardowe pytanie):

Co mam jeszcze zrobić, żeby on się zmienił? A ja odpowiadam niezmiennie: Pani? Nic.

Wyjątkiem jest, jeśli pani chciałaby się rozwieść lub wyprowadzić, wtedy ruch jest po jej stronie. W przeciwnym razie, kiedy związek jest kontynuowany, pracę w kierunku naprawy wzajemnych relacji musi podjąć (wreszcie) ta druga strona. Jeśli ona tego nie chce lub nie jest gotowa się z tym zmierzyć, na nic starania żony, żeby obiad był jeszcze bardziej na czas i zupa jeszcze mniej słona. Obiad dalej będzie nie w porę, a zupa za słona.

Są ludzie, dla których z 50 spotkań byłoby za mało. I to nie dlatego, że są mało pojętni i nie łapią w lot, o co mi chodzi. Łapią aż za dobrze i może w tym problem. Ale są oporni na zmiany. Nie chcą zmian. Jest im wygodnie tak, jak jest. Lub wolą i to jest gorsze, żeby zmienił się ktoś inny. Może to być dziecko, może być żona. Często jest im to nawet obojętne. Chcą tylko, żeby im samym dać święty spokój. No i spokoju nie mają, bo ja ich ciągam i męczę.

Są też ludzie, którzy wcale tak w lot nie łapią tego, co mówię i czasem proszą, żeby im powtórzyć to lub tamto. Ale… jak już zrozumieją, to stosują to w 100%. I mówią szczęśliwi: To działa!

Podobnie jak u lekarza, dostajesz lekarstwa i zalecenia, co zrobić, żeby wyzdrowieć. Idziesz do apteki, by wykupić receptę, a potem odmierzasz wszystko w domu skrupulatnie i przyjmujesz. I powoli zdrowiejesz. Pomijam przypadki, kiedy to Ty wiesz lepiej niż lekarz, czego i ile przyjmować.

U psychologa podobnie. Dostajesz receptę. Mogą to być konkretne zalecenia zapisane na kartce, którą powiesisz sobie np. na lodówce lub jakaś praca domowa w postaci kart pracy. Potem huurrra do domu i nie waż mi się rzucać w kąt moich zaleceń (!), bo inaczej nie ma opcji, by coś zaskoczyło i zadziałało. Działa tylko wtedy, kiedy Ty nad tym PRACUJESZ. Świadomie i chętnie, nawet jeśli to bywa trudne. Nawet jeśli zdarzają Ci się potknięcia (kto ich nie ma?!). Nawet jak bywają lepsze i gorsze dni, a Twoja motywacja czasem drastycznie spada. Liczy się to, CZY CHCESZ ZMIANY. Czy się nad nią zastanawiałeś? Czy jest Ci potrzebna? Czy jesteś gotowy z czegoś dla niej zrezygnować? Bo musisz mieć świadomość, że nie wystarczy mocno i mocniej chcieć. Trzeba jeszcze coś robić! A więc działać! Wyznaczyć sobie jakiś cel. Wyjść do ludzi. Szukać pracy. Wyprowadzić się z domu. Zakończyć toksyczną relację. Itd. Samo się nie zrobi. Tylko Ty jesteś w stanie pracować nad tym, co masz i jak żyjesz. Jeśli oczywiście wypływa to z Twojej wewnętrznej potrzeby, a nie jest narzucone przez kogoś z zewnątrz. Na dłuższą metę bowiem działa jedynie wewnętrzny i niekończący się upór, nawet jeśli czasami coś go zmąci lub zakłóci.

Nie myśl sobie, że zmiana, jakiej oczekujesz, zajdzie od razu. Że stanie się tu i teraz, zaraz. Raczej zaczniesz najpierw raczkować niczym niemowlę niż od razu popędzisz w maratonie. Ale… Bywają też i spektakularne zmiany, o których czasami aż miło posłuchać od klientów. Kiedy np. ktoś opowiada, jak jego życie zmieniło się w ciągu zaledwie kilku miesięcy, gdy podjął ostateczną decyzję o rozwodzie i rozpoczął nowe życie. Jest szczęśliwy, bez tego balastu, który mu dotąd ciążył. Takich klientów zapamiętujesz na zawsze, bo oni nie zdarzają się aż tak często. I są bardzo wyjątkowi. I zawsze są dla Ciebie przykładem na to, że człowiek, który chce, potrafi i może, i uda mu się. A ten, który nie chce, będzie stał w miejscu i nic nie pomoże mu, że inni będą go z tyłu popychać.

Dlatego nigdy nie narzucam klientom, ile razy mają do mnie przyjść. Czasem wystarczy jedno spotkanie, czasem dwa, a czasem potrzeba ich więcej. Nikt nigdzie nie wspomina na swoich stronach, gdy pisze o konieczności uczestniczenia przynajmniej w 8 – 10 sesjach, ile to kosztuje. A nie oszukujmy się, korzystanie z pomocy psychologa, terapeuty czy psychiatry to często drogie (!) wizyty prywatne. To nieprawda, że ludzi nie interesuje cena spotkania. Bo często mają świadomość, zwłaszcza ci, którzy są gotowi pracować nad sobą, że potrzebują np. kilku spotkań. I potrafią sobie przemnożyć: ilość spotkań x cena 1 spotkania.

Dlatego nigdy nie narzucam. Co najwyżej proponuję. A jak ktoś jest zainteresowany, to zawsze przed wyjściem pyta o możliwość kolejnego spotkania. I tyle mi wystarczy. To znaczy, że on chce. Że jest GOTOWY.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *