Ilu tatusiów chciałbyś mieć?

Czy można mieć dwóch „tatów”?

Kiedy takie pytanie pada z ust małego jeszcze dziecka, można się zastanawiać czy coś tu, a raczej tam, w tej rodzinie nie gra, a jeśli tak, to na ile nie gra. Skąd taka moja podejrzliwość?

Spotkałam już w swoim życiu trochę dzieci, które nie mają jednego „tylko” taty. Bo można mieć tatę adopcyjnego lub zastępczego oraz tego drugiego – biologicznego. W tym miejscu jednak nie o takich dzieciach i ich ojcach będzie mowa. Choć z całą pewnością sytuacja, gdy dziecko, bez względu na przyczyny, ma dwóch ojców nie jest prosta. Taki malec musi sobie uporządkować swój świat, poukładać tych tatów niczym marionetki w pudełku, tyle tylko, że oni nie chcą leżeć w nim bez ruchu, przeciwnie – ciągną każdy w swoją stronę. Wymaga to od dziecka pewnej dojrzałości emocjonalnej, takiej, której może jeszcze nie mieć w danym momencie. Wszystko zależy również od tego, jak zachowują się względem dziecka wspomniani tatusiowie. Często tatuś biologiczny niejako ułatwia sprawę zawiłych relacji, kiedy jego jedyną miłością jest… np. alkohol. Wówczas dziecko ma tak naprawdę jednego tatę, tego który je wychowuje, opiekuje się, na którego może zawsze liczyć. I choć zwykle pytanie o ojca biologicznego wywołuje bolesny grymas na twarzy dziecka, ono samo wydaje się być pogodzone z tym, że ma „nowego” tatę (czasami taką funkcję może też pełnić ktoś inny z najbliższej rodziny np. wujek chrzestny). Nie zmienia to faktu, że po drodze dziecko będzie musiało dużo wycierpieć i trudno mu będzie czasami odnależć się w skomplikowanym świecie uczuć… Jednak lepiej mieć jednego dobrego ojca, nawet jeśli nie jest on biologiczny, niż…

No właśnie. Ilu ojców może mieć dziecko? Zdecydowałam się napisać ten post, bo temat ten gryzie mnie już od dawna. A im dłużej się nad nim zastanawiam i analizuję oraz im dłużej jestem matką, tym bardziej się dziwię!

Ilu rodziców chciałbyś mieć? Dwóch, a może czterech? Choć właściwie to nikt Cię nie pyta o zdanie, bo Twoje zdanie się nie liczy! Tak, tak. Wyobraź sobie, że jesteś takim siedmiolatkiem, który dopiero co rozpoczął edukację szkolną. Musisz się uczyć czytać i pisać, uważać na lekcjach, przestrzegać zasad, słuchać co mówią nauczyciele itd. A do tego musisz odnaleźć się w skomplikowanym świecie stworzonym Ci przez Twoich własnych rodziców. Bo Twoja mama albo tata zdecydowali za Ciebie i dali zielone światło swojemu nowemu partnerowi, żeby z Wami zamieszkał. Ty czujesz się niezręcznie, bo właściwie to nie znasz tego nowego taty (lub mamy), widziałeś go może kilka razy, rozmawiałeś może ze dwa. A teraz dorośli wymagają od Ciebie, żebyś mówił do niego „mamo”, „tato”. Ot tak, po prostu. Bez wstępu, bez czasu na oswojenie, o którym pisał Mały Książe, bez żadnych uczuć. Choć właściwie to może coś czujesz – może to wściekłość lub poczucie bezsilności, że ktoś zdecydował za Ciebie, nie pytając Cię o nic. Ty masz tylko wykonywać polecenia dorosłych. A to że po drodze nie będziesz się umiał odnaleźć w tej nowej sytuacji, to już tylko Twój problem. Masz tylko i aż nie przeszkadzać dorosłym! Dostosować się do świata, który dla Ciebie, czy raczej za Ciebie stworzyli. Możliwe, że będziesz próbował swoim zachowaniem świadomie lub nieświadomie zwrócić na siebie uwagę. Na to, że nie czujesz się dobrze z tym, że ktoś nowy – dla Ciebie obcy, jest z Wami. Może będziesz siedział godzinami nad książkami, a nauka nie będzie wchodziła Ci do głowy, a może zaczniesz bić i zaczepiać kolegów z klasy, żeby wyładować swoją złość, którą w domu musisz skrywać głęboko. Faktem jest, że dorośli znowu zaczną się Ciebie czepiać, że nie uważasz na lekcjach, że oceny masz ostatnio słabe i kilka uwag w zeszycie. Nikt nie zapyta Cię jednak o to, dlaczego tak się zachowujesz, skąd taka zmiana w Tobie. Przecież masz wszystko – i komputer, i tablet, i telefon, w domu ciszę i spokój do nauki. Słowem – sielanka.

Czemu więc Ty jako dziecko nie czujesz się szczęśliwe? Nie doceniasz tego co masz…

Moja koleżanka psycholog powiedziała mi niedawno, że podziela opinię, że każdy człowiek ma pewien, nazwijmy go tak, potencjał przystosowawczy. I on się tak powoli wyczerpuje. To znaczy, że jesteśmy w stanie ileś w życiu znieść i przetrzymać, gdzieś jest jakieś maksimum, do którego docieramy i koniec. I choć może brzmi to nieoptymistycznie, podzielam ten pogląd, przynajmniej w kwestii tego, ile jesteśmy w stanie znieść jako dzieci swoich i nie – swoich rodziców. W kwestii tego ilu ojców (lub ile matek) możemy polubić i zaakceptować, wpuścić do swojego dziecięcego świata bez obaw. Tu nie ma jakiejś liczby, a więc tym samym trudno odpowiedzieć na pytanie, czy drugi lub trzeci wujek – ojciec to dla dziecka już za dużo. Faktem jest, że chyba każdemu dziecku trudno jest odnaleźć się w sytuacji, gdy mając lat siedem, zdążyło już mieć 3 ojców. To zbyt wiele jak na siedem lat życia…

Nie chodzi mi w tym miejscu o to, by odbierać samotnym rodzicom prawo do ich własnego szczęścia. Taki zarzut często słyszę w swojej pracy, gdy próbuję takiej matce lub ojcu wytłumaczyć, że ich dziecko może nie jest jeszcze gotowe na to, by zaakceptować kolejnego, „nowego” rodzica. Oburzają się wówczas, że nie mogą być przecież całe życie tylko matką lub ojcem, że chcieliby ułożyć sobie swoje życie na nowo, że nie chcą być samotni, kiedy ich dziecko wyfrunie z domu (a ma dopiero 7 lat!). Ja to rozumiem, choć oni często mi nie wierzą. Ale… wyobraź sobie ponownie siebie jako tego siedmiolatka. Czy chciałbyś nim być?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *