Jak pokonałam swój lęk?

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Od lat cierpię z powodu lęku.

Boję się prowadzić samochód. Więc nie prowadzę sama. Jeżdżę wyłącznie jako pasażer.

A i to nie jest łatwe.  Często doświadczam też lęku, kiedy jadę z kimś samochodem.

Od czego to się zaczęło?

Mam kilka lat, nie pamiętam dokładnie ile.

Rodzice kupują Fiata 126p i jedziemy nim do miasta.

Kiedy wracamy, tata za mocno „ścina” zakręt i samochód uderza w znak stojący przy drodze!

Samochód jest trochę wgnieciony, ale nikomu nic się nie stało, bo prędkość z jaką jechaliśmy, pomimo tego, że była za duża, to nie mogła wyrządzić nam zbyt wielkiej szkody. Ogólnie biorąc, wszystko kończy się dobrze. Mijają kolejne lata, a mnie wypadki komunikacyjne omijają szerokim łukiem. Może to dlatego, że moi rodzice jeżdżą (już) ostrożnie. Potem poznaję swojego przyszłego męża i… teścia, któremu raz o mało nie nakazuję zatrzymać się na środku drogi, bo taki ma pociąg do prędkości. Więcej nie wsiadam z nim do auta, jeśli on prowadzi. Za to mój mąż jeździ naprawdę rozważnie, ale… to nie przeszkadza mi nieraz drzeć się na niego, że za szybko, że nie tak itd. Sama jednak nie jeżdżę, chociaż mam w kieszeni prawo jazdy. Mdli mnie na samą myśl o długiej podróży, jak np. o wyjeździe na wakacje. Ale nawet podróż trwająca około 1 lub 2 godzin już wzbudza mój strach.

Strach. No właśnie. Któregoś dnia orientuję się, że tu wcale nie o strach chodzi. Że to co odczuwam to raczej LĘK. Nie ma on żadnej realnej przyczyny (poza wspomnianą na wstępie kolizją niezagrażającą życiu mojemu i moich bliskich, która jednak nieco napędziła nam stracha). Przyczyny, która usensowniałaby moje ogromne obawy przed jazdą samochodem (zdecydowanie lepiej znoszę w tym czasie np. jazdę autobusem). Boję się i już. Najczęściej jeżdżę, bo trudno tak zupełnie przestać się przemieszczać samochodem, ale zdarza mi się robić mężowi straszne sceny w samochodzie. Jestem wtedy poirytowana, chcę cały czas, żeby zwolnił, choć jedziemy wolniej niż wielu innych kierowców. Cały czas mi się wydaje, że za chwilę ktoś w nas wjedzie albo my w niego, że uderzy w nas rozpędzone auto z naprzeciwka, a my zginiemy. Nie mogę pozbyć się tego dręczącego mnie ciągle przekonania, że coś może się stać i ucierpimy. Tym bardziej, że wiem, ilu i jakich kierowców jeździ po polskich drogach, bo wykonywałam w przeszłości badania psychologiczne mające na celu ocenę ich sprawności. Czasem ktoś mówił, że jeździł bez prawa jazdy (po tym jak policja mu je zabrała) albo że miał w samochodzie alkomat, żeby stale sprawdzać, czy może już wsiąść za kierownicę. Samo wspomnienie tamtych osób, które uważały się oczywiście za świetnych kierowców, choć ich wyniki nieraz odbiegały od tych wysokich, a nawet średnich, wywoływało na mej skórze ciarki. A więc bałam się. Bałam się tym bardziej, kiedy zostaliśmy rodzicami, bo wiadomo, że kiedy jedziemy z dzieckiem powinniśmy uważać bardziej. Tak jakby jadąc samemu nie należało uważać wcale?! Cóż za absurd.

Mijały lata, a mnie mój lęk dosłownie paraliżował. Sprawiał, że wyjazd na wakacje stawał się trudnym przeżyciem, bo wielogodzinna podróż nad morze mnie wykańczała. Siedziałam bowiem sztywno i po 3 godzinach musieliśmy robić postoje, bo mój organizm nie wytrzymywał tego stresu, napięcia.

Ominęło mnie wiele w życiu. Głównie fajne miejsca pracy, które przeszły mi koło nosa zanim zdążyłam się z nimi lepiej zapoznać. Właściwie liczyło się jedno – czy zdołam gdzieś dojechać. Autobusem oczywiście lub z niewielką pomocą innych. I tak musiałam się pożegnać z różnymi ciekawymi ofertami pracy. Nie czekały na mnie. Znalazły dla siebie nowych, bardziej mobilnych niż ja ludzi. A ja dalej nie mogłam do nich dojechać. Paradoksalnie czułam coraz bardziej, że jestem w potrzasku – bo z jednej strony zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że nie dam rady usiąść za kierownicą, z drugiej – czułam, że to mnie coraz bardziej ogranicza i wyznacza mi co mogę robić zawodowo w życiu. To co chciałam robić, musiałam odłożyć na potem lub na nigdy z racji mojej „przypadłości”. Cierpiało więc moje życie zawodowe, ale i prywatne. Oprócz koszmaru pt. wyjazd wakacyjny, musiałam odmawiać, gdy ktoś zapraszał mnie do siebie, np. na wieś. Wiadomo – nie dojadę. Można wprawdzie prosić kogoś o pomoc i tak często robiłam, ale starałam się to ograniczać do spraw, które koniecznie musiałam załatwić, jak np. ciężkie zakupy. To co mogłam „wyeliminować”, ograniczałam. Nie dojadę więc na kawę ani na grilla do znajomej, która w końcu przestała mnie nawet zapraszać, bo chyba miała dość moich ciągłych tłumaczeń. Ja za to miałam coraz bardziej dość tego, że muszę ciągle prosić o podwiezienie. Czułam się jak na uwięzi, bo mam olbrzymią potrzebę niezależności, która aż krwawiła z rozpaczy będąc niezaspokojoną. Nie lubię prosić innych o pomoc i już. Lubię sterować sobą i swoim życiem. A tu nic z tego – nie jeździsz – zależysz od innych, którzy ci wyznaczają, kiedy możesz lub nie możesz gdzieś pojechać. Koszmar!

Ten koszmar trwał latami, a moja irytacja rosła. Moje pragnienie niezależności i wzięcia sprawy w swoje ręce – także. Bałam się panicznie, na samą myśl o jeździe robiło mi się gorąco i słabo, ciemno przed oczami i brakowało tchu. Ale dotarłam do ściany. Chciałam gdzieś pojechać, a nie mogłam. Nie mogłam stale polegać na innych. Zaczęłam widzieć to czego nie dostrzegałam przez całe lata – że bardziej od tego, że boję się jeździć przeraża mnie myśl, że nigdy nie zacznę jeździć i zawsze będę zależna od innych. Że utknę w miejscu, w którym jestem, nie zmienię pracy na ciekawszą, taką o której marzę, że nie pojadę na spotkanie z kimś, że ominie mnie tyle ciekawych miejsc, ludzi, rozmów z nimi. Że nie uda mi się zrealizować tego co chciałam i zakładałam. Że zostanę na przysłowiowym lodzie z tym co mam i nie ruszę ani centymetr dalej. Że… wszystko będzie po staremu.

Decyzja o tym, żeby to zmienić dojrzewała we mnie przez długi czas. Zrozumieć mnie może tylko ten, kto odczuwa lęk – przed jazdą samochodem, lataniem albo czymkolwiek innym. To nie dzieje się tak nagle, ale stopniowo. Osoba, która męczy się z powodu swojego lęku zatruwającego jej życie, musi zrozumieć co traci z jego powodu. Dobrze byłoby, żeby zrozumiała, że potrzebuje pomocy, najlepiej psychologa lub psychoterapeuty. Ja oszczędziłam sobie wizyty i uznałam, że mogę sama sobie pomóc. Nie wiem, na ile wierzyłam w to w tamtym momencie. Wiedziałam tylko, że metoda odwrażliwiania zwana DESENSYTYZACJĄ pozwala na zredukowanie lęku, a nawet zupełne jego wyeliminowanie. Jest to jednak metoda małych kroków. Może właśnie dlatego wierzę w jej skuteczność, uważam bowiem, że tak jak kropla drąży skałę, tak stopniową i systematyczną pracą można zredukować ograniczające nas myśli i przekonania oraz negatywne emocje. Nic jednak nie dzieje się tak od razu. Ja również nie zaczęłam jeździć tak od razu, choć prawo jazdy miałam już od ponad 10 lat! Bierne jednak.

Przechytrzyłam jednak samą siebie! Może już tak bardzo potrzebowałam pomocy, że sama wymyśliłam sobie sprytny plan. Sama nie wiem. Uwierzyłam jednak po raz pierwszy, że muszę i co ważniejsze, mogę jeździć. Należało jeszcze wymyślić, jak do tego doprowadzić. Uznałam, że najpierw muszę mieć swój samochód na wypadek, gdybym miała rozwalić jedyny jaki mieliśmy. Nie mogłam na to pozwolić. Stwierdziłam więc, że czas kupić drugie auto (dla męża), a ja dostanę w spadku stare. Będę wtedy mogła na spokojnie zacząć się uczyć jeździć, bez obaw, że go porysuję, wgniotę lub jakkolwiek sparaliżuję. Ta myśl z kolei trochę mnie paraliżowała, ale była jednak po pewnym czasie – do przyjęcia. Pomyślałam więc sobie: „Co z tego, że coś stanie się z samochodem? Ważne, żeby mnie się nic nie stało! Nauczę się więc jeździć na starym gracie!” I to był mój plan!

Plan powstał, teraz należało zacząć go realizować. Z tym poszło mi gorzej, ale jednak. Należało bowiem kupić samochód, a co za tym idzie – należało zgromadzić pieniądze. Oszczędzaliśmy więc długo. Odkładaliśmy, a im bardziej zbliżaliśmy się do celu jaki sobie wyznaczyliśmy, tym bardziej chciałam go odsunąć. Zaczynałam panikować, bo moment rozpoczęcia nauki jazdy się zbliżał. A to wzmacniało mój lęk. Jednak mówiłam sobie w duchu: „Spokojnie, to jeszcze nie teraz. Wyluzuj.” I myślałam sobie: „Jak to dobrze, że nie mamy tych pieniędzy!” Ale im bardziej byliśmy bliżej mety, tym bardziej miałam ochotę uciec. Mówiłam sobie skrycie jednocześnie: „Spokojnie, masz jeszcze dużo czasu. Bardzo dużo.” I karmiłam się tymi słowami, i pozwalałam im odganiać swój lęk. Ale czas się kurczył. Doszło do wyboru auta. Decyzja zapadła, a potem było już tylko czekanie. I wtedy zaczęły się schody. Zaczęłam myśleć: „Co jeśli nie zdecyduję się wcale jeździć?! Po co więc kupujemy drugie auto?! Żeby tamto stało pod blokiem?!” Ale w głębi duszy wierzyłam gdzieś w to, że bez swojego auta nie zacznę jeździć, że się nie odważę. „Nic się złego nie stanie. Spokojnie. Masz czas.” – myślałam ciągle i cieszyłam się, że jest zima i że spadł śnieg.

Aż nadszedł ten długo wyczekiwany dzień – mamy drugie auto. Czytaj – ja mam wreszcie SWOJE AUTO. Klamka zapadła, już się nie wykręcę, że nie mam auta, że mogę je rozbić, że mąż nie będzie miał czym do pracy dojechać. Ale spokojnie, jest jeszcze zima. Śniegi niby nie są po pas, ale mróz trzyma i ziemia skuta lodem, więc mam wymówkę. Nie ruszam się z domu, moje auto stoi przed domem i smutno czeka na mnie. Ja też czekam. Mówię sobie: „Poczekam aż śnieg stopnieje.” No to stopniał w zawrotnym tempie, ale ja uznałam, że ten deadline to jeszcze nie jest taki naprawdę. Że muszę sobie wyznaczyć kolejny, jakiś weekend odległy, kiedy nie będę miała zbyt wielu obowiązków, będę w dobrym nastroju i ogólnie, żeby iść pojeździć pierwszy raz. No to przyszedł ten dzień, ale ja uznałam, że z tydzień to jeszcze nie zaszkodzi mi poczekać, że wiosna jeszcze nie przyszła itd. Ale wiosna przyszła. Mój drugi czy trzeci deadline także. No i poszłam. Spróbowałam, odważyłam się. Nie myślcie, że poszło mi łatwo, że złapałam bakcyla, że zakochałam się od pierwszego wejrzenia czy coś podobnego. Nic z tych rzeczy, choć było lepiej niż się spodziewałam. Ale…. przede mną była długa praca. Każdy weekend nauki, próbowania, stresu i nerwów. Uznałam jednak, że skoro zaszłam tak daleko, że mam nawet swój samochód, to nie wypada teraz odpuścić. To dopiero byłaby porażka teraz się poddać! Podeszłam więc do tego nieco ambicjonalnie. Taka dodatkowa motywacja.

Więc jeździłam dalej, a inni na mnie trąbili. Zresztą, dalej czasem trąbią, choć teraz już rzadziej. Popełniam dalej błędy, jeżdżę, śmiem twierdzić, że fatalnie, nie oceniam też dobrze odległości. Ale próbuję. I mój lęk słabnie z każdym dniem. Zaczynam myśleć o rzeczach, sprawach, które będę mogła sama załatwić, o ludziach, z którymi pojadę się spotkać, o pracy, która gdzieś na mnie czeka. I cieszę się tak jak nigdy dotąd. Pokonałam bowiem lęk, który mnie paraliżował. Sama.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *