Kiepski nauczyciel

Wielu nauczycieli nie nadaje się do swojego zawodu. Powiedzmy to sobie szczerze. Nie mają predyspozycji albo co dużo gorsze, niechętnie wykonują swoją pracę. Traktują ją jako największe zło. Niektórzy nie lubią wręcz dzieci będąc jednocześnie nauczycielem edukacji wczesnoszkolnej, co brzmi dość paradoksalnie. Ale podchodzą do tego w ten sposób, że to ich praca, taka jaką wybrali z różnych powodów kiedyś, dawno temu, więc teraz pchają ten wózek chcąc nie chcąc, nie mając innej alternatywy (zawsze jakaś tam by się znalazła). Może rodzice zachęcali ich, by zostali właśnie nauczycielami, a może sami stwierdzili, że to lepszy pomysł niż inne pomysły, których np. nie mieli. Po latach okazuje się, że ten kierunek to jednak jedno wielkie zło. Ale pozostają im wierni. Dlaczego?

Nie oszukujmy siebie i innych. Nauczyciele mają dobrze. Pracują zasadniczo mniej niż przeciętny Kowalski na etacie i mają pensję ze wszystkimi składkami oraz emeryturą. Coś, co wielu ludziom pracującym pokątnie, na czarno lub w prywatnych firemkach, gdzie każdy otrzymuje wynagrodzenie w postaci płacy minimalnej, a resztę do tzw. „łapy”, wydaje się niedoścignionym marzeniem. Na swoją obronę wytaczają działa, że oni się uczyli całe lata, kształcili, zdrowie tracili, teraz też muszą ciągle uzupełniać kwalifikacje, bo reforma, bo zmiany programu itd. Ale przecież nie oni jedni, co wzrok stracili nad książkami i kręgosłupy sobie nadwyrężali. Też ślepa jestem i mam dyskopatię! Nie oni jedni, którzy muszą poświęcać swój prywatny czas na doszkalanie się. Pamiętam, jak kiedyś byłam świadkiem takiej sytuacji, że nauczyciele nie chcieli spędzić paru godzin podczas weekendu na szkoleniu zapewnionym im przez szkołę. Ja stałam, słuchałam jak się burzą i myślałam, jak chętnie sama bym poszła posłuchać jakiś mądrych rzeczy za darmo. Jako osoba nieobjęta kartą nauczyciela, nie byłam i nie jestem wysyłana przez szkoły na żadne bezpłatne szkolenia, nad czym boleję, bo chcąc cokolwiek zgłębiać, muszę płacić za to z własnej kieszeni. A oni mają za darmo i nie chcą?! Przecież to w ich czasie wolnym! Psia kość, a co ja robię w moim czasie wolnym, gdy wypada przygotować warsztaty dla jakiejś klasy?

Można tak wytaczać podobne działa bez końca. I wiecie co? Nie chodzi tak naprawdę o jakąś niesprawiedliwość, bo wiadomo, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. I o to, że wolne wakacje są dobre, i ferie, i czas przed świętami. I to że można przynieść zwolnienie od lekarza. Wszystko dobrze, dopóki ktoś wykonuje swój zawód z pasją i oddaniem. Gdy zachowuje się przy tym w porządku wobec rodziców i dzieci, szczególnie: dzieci, które przecież głosu nie mają lub mieć nie powinny. Wszystko dobrze, dopóki ktoś potrafi zachować balans w tym wszystkim i nie powtarza ciągle, że oszaleje od tych dzieci. Że one są straszne i coraz gorsze, i że nie da się z nimi wytrzymać. Że wpędzą go do grobu lub sprawią, że zaraz oszaleje. Bo są złośliwe, niewychowane, wulgarne, agresywne, nie lubią się uczyć i nie wiedzą zupełnie, co to dyscyplina i szacunek do nauczyciela. Fakt, dzieci są trudne, coraz trudniejsze. Mają prawa, coraz więcej praw, co nie zawsze się nauczycielom i mnie samej podoba, ale rzeczywistość dookoła nas nie jest już tą samą, która była lata temu, gdy nauczyciel mógł bić linijką po rękach za to, że uczeń „ośmielił” się pisać lewą ręką. Albo gdy za nieposłuszeństwo można było surowo, bardzo surowo karać. Dziś mamy inny świat – liczą się raczej prawa ucznia niż nauczyciela. Dziś dobro dziecka jest, a przynajmniej powinno stać na pierwszym miejscu. To sprawia, że dzieci coraz bardziej otwarcie domagają się swoich praw. Czy nie można przyjść do szkoły z podwójnym kolczykiem w uchu, pytają podejrzliwie, chcąc złapać nauczyciela na tym, że nie zna na wyrywki regulaminu. Albo czy wolno zrobić kartkówkę, jak jest mało uczniów? Efekt jest taki, że można zgubić się w udowadnianiu im, że się ma racje. Ale właśnie na tym chyba polega problem. Wielu nauczycielom nie chodzi o zbudowanie dobrej relacji z uczniami ani o to, by ich lekcje przebiegały w miłej atmosferze, a uczniowie dużo z nich wynosili. Chodzi raczej o budowanie jakiegoś niewidzialnego muru między sobą a nimi (całą klasą lub wybranymi uczniami), o doszukiwanie się złych intencji, o podejrzliwość na każdym kroku. O karanie uczniów. To oczywiście działa też w drugą stronę, gdy uczniowie traktują nauczyciela jako zło konieczne i nie zależy im na poprawnych z nim stosunkach, jedynie na tym, by zdać lub – w najlepszym wypadku – mieć dobrą ocenę. Kwestia relacji schodzi na dalszy plan. Powstają jakieś dwa obozy: ja (nauczyciel), oni (klasa). Gdy oni to wrogowie, od których jedynym wybawieniem jest dzwonek, nie ma mowy o satysfakcji z pracy ani o efektywności nauczania w postaci ocen bardzo dobrych. Jest za to lawina wzajemnych oskarżeń i pretensji pod byle pretekstem. Potem można posłuchać narzekań na tego lub tamtego albo na cała klasę. A od klasy usłyszeć z kolei, że tamten nauczyciel jest najgorszy ze wszystkich.

Nie uważam bynajmniej, że wszyscy nauczyciele źle pracują. Jest wielu takich, którzy kochają swoją pracę i nie zamieniliby jej na żadną inną. I nie powinni jej w żadnym wypadku zamieniać. Są też jednak tacy, którzy sprawiają wrażenie, jak się ich obserwuje z boku, że nie lubią tego, czym się na co dzień zajmują, tylko robią to z konieczności. Bo wiadomo, trzeba za coś żyć, utrzymać rodzinę, zapracować na emeryturę. Zasłużoną. A czy inni ludzie, którzy przepracowali 30 – 40 lat, nie zasłużyli, by odpocząć na starość?

Łatwo jest oceniać z boku. Dlatego nie uważam, że ważne, czy jesteśmy wspaniałymi pracownikami lub nauczycielami, czy nie. Może faktycznie ktoś wybrał ten zawód przez przypadek i teraz już by tego nie zrobił. Ale jest, jak jest. Nie każdy też potrafi super wytłumaczyć wszystko uczniom. Nie każdy umie zbudować z nimi super relację. Nie każdy pracuje w fajnej szkole, gdzie szanuje się nauczyciela. Ale może warto dołożyć starań, by wykonywać swoją pracę jak najlepiej, nawet jeśli nie ma się super predyspozycji. Wierzę, że motywacja do pracy i szczere chęci znaczą czasem więcej od innych rzeczy. Może nie mamy w czymś zdolności, ale jeśli postaramy się i okażemy otwartość, a nie przyjmiemy jedynie postawę narzekająco – marudzącą, będzie lepiej. Przecież nikt nie powinien być nauczycielem za karę, czyż nie? Podobnie jak nikt nie powinien za karę leczyć ludzi lub sprzedawać im chleba…

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *