Moje miejsce w szeregu

Już pisałam kiedyś, jak śmieszy mnie to ważne słowo „specjalista” w odniesieniu do psychologa, zawodu jaki wykonuję. Ktoś ostatnio w sieci napisał, że bycie pewnym siebie nie wyklucza tego, że zna się swoje miejsce w szeregu. Coś w tym jednak jest…

Wszędzie nam trąbią i bombią, że mamy być pewni siebie. Pewni siebie i znający swoją wartość. Ważni i wyjątkowi. Niepowtarzalni i jedyni w swoim rodzaju. Nawet… jak tacy nie jesteśmy.

Jestem więc specjalistą. Nie wybrzydzam w pracy, którą mi oferują. Nie żebym od razu łapała wszystkie zlecenia jak leci, bo na szczęście nie jestem już na tym etapie i mogę sobie pozwolić na pewną dozę wybredności, ale pracuję i zajmuję się różnymi rzeczami. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo nigdy się nie nudzę, gdyż codziennie robię coś innego. Z drugiej sama muszę stać nad sobą z batem, bo „dobry specjalista” wie, że musi sam siebie pilnować. Siebie, żeby pracować, a nie leniuchować i terminów, żeby zdążyć z tym co potrzeba. A więc: a to przygotować zajęcia, a to gdzieś pojechać, a to pożyczyć potrzebne książki.

Ale jak wiadomo „dobry specjalista” ogarnia wszystko. Czasem wprawdzie głowa już mu pęka od tego wszystkiego, bo zdarzają się gorsze dni i momenty, kiedy zajmuję się rzeczami, sytuacjami, które są szczególnie trudne… Wtedy nie mogę powiedzieć „STOP, Idźcie sobie do kogoś innego.” Dlatego tak śmieszą mnie czasami pytania o to, czym się tak naprawdę zajmuję. Kim?

Żyję w małym mieście, gdzie ci, którzy powinni udać się do psychologa, uważają najczęściej, że go wcale nie potrzebują. Przychodzą zaś ci, którym np. spodoba się to co napiszę w internecie. Lub poznali mnie gdzieś i teraz chcieliby zasięgnąć porady. Mam im zatrzasnąć drzwi przed nosem?

Nie jestem terapeutą. I prawdopodobnie nigdy nim nie będę. Jestem psychologiem, który zajmuje się poradnictwem. Takim, który pracuje głównie w szkołach. Jednak jeśli ktoś prosi mnie o to, żeby zorganizować szkolenie dla firmy, mam rzucić: „NIE. NIGDY. Ja się tym nie zajmuję.” ?

Czasem zajmuję się czymś, co wcale nie jest łatwe i czego zupełnie nie mam ochoty robić. Ale robię to dlatego, że komuś bardzo na tym zależy i poprosił mnie o to. A ja widzę, jakie to dla niego ważne. Czasem są nagłe, trudne sytuacje kryzysowe, gdzie nie ma czasu i miejsca, żeby powiedzieć komuś, kto liczy na Twoją pomoc: „NIE. Nie zrobię tego.”

Mogę odmówić i odmawiam, kiedy widzę, że nie dam rady pomóc komuś, kogo problem nadaje się do (zwłaszcza długotrwałej) terapii. Sama nie jestem zwolennikiem niekończącego się procesu leczenia czy pracy nad sobą (zwał jak zwał). Mogę odmówić, gdy ktoś w jakiś sposób mi nie odpowiada lub mnie drażni. Kiedy nie widzę szans na to, że on będzie nad sobą pracować.

W innych sytuacjach najczęściej się godzę. Bo jak powiedzieć komuś, że do niego nie przyjadę, skoro obdzwonił już z 20 osób i żadna nie zgodziła się mu pomóc…? To chyba właśnie wyznacznik tego, czy kroplę tej empatii ma się w sercu. Że jedziesz gdzieś, bo widzisz, że ktoś potrzebuje Twojej pomocy. A Ty… no cóż, zarobić to na tym nie zarobisz…

Czy w takiej sytuacji liczy się jednak tak naprawdę moje konkretne doświadczenie? Czy ważne jest moje bycie specjalistą? Kiedy jadę do walącego się domu, żeby z kimś porozmawiać… Czy ważniejsze jest to, żeby ten człowiek poczuł się zrozumiany? Żeby nie liczyły się te walące się ściany i… moje dyplomy. Tylko on sam ze swoim nieszczęściem…

Nie wiem, może przyjdzie czas, że się wyspecjalizuję. Ale to by chyba oznaczało, że wyjadę stąd, gdzie jestem. A na to póki co się nie zanosi. Dobrze mi tam, gdzie jestem. Z tym co mam i czego nie mam. Więc póki co… będę się starała być choćby odrobinę tak dobra jak poczciwa Dr Quinn na prowincji… Tyle że bez wykształcenia zdobytego na Harwardzie… Muszę więc się bardzo starać, by nadrabiać te braki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *