Na podsłuchu.

Żyjemy w świecie podsłuchów i wszechobecnego nagrywania, czy tego chcemy, czy nie. Nasze dzieci mają zakaz korzystania z telefonów komórkowych w szkole, a i tak 98% z nich ma je ukryte w kieszeni lub plecaku. Co więcej, kiedy pytamy, jak było z tym konfliktem i szkalowaniem koleżanki w sieci, słyszymy: „A czy mogę iść po swój telefon, to ja Pani udowodnię, że to nie ja zacząłem. Mam na to dowody.” Oczywiście w telefonie. Zdjęcia, zapisy rozmów, smsy. Potem trzeba to rozwikłać, poskładać do kupy, bo okazuje się zawsze, że druga strona też ma jakieś materiały na swoją obronę. A jakże!

Kiedy próbujesz zabrać uczniowi telefon na lekcji, gdy z niego jawnie korzysta, a szkolny regulamin tego zabrania, zaczyna się burzyć, że to jego własność i karze Ci trzymać łapy przy sobie! Najlepiej jeśli w ogóle nie wdajesz się w żadne tego typu dyskusje, bo z góry jesteś na straconej pozycji. Fakt, możesz sobie najwyżej refleks wyrobić przy okazji tego typu prób przechwycenia cudzej własności. Nic więcej.

Kiedy ostatnio na szkoleniu ktoś ze zdziwieniem stwierdził, że to ryzykowne, że rozmawiam sam na sam z dziećmi w szkole, zdębiałam. A niby jak miałabym rozmawiać, skoro poruszane tematy nie dotyczą tylko jedynek z matematyki, tylko częściej awantur w domu i rozwodu rodziców albo nałogów matki czy ojca. Jak mam inaczej rozmawiać o tak osobistych doświadczeniach z dzieckiem, jeśli nie sam na sam?! Oczywiście często zdarza się, że trudne rozmowy odbywają się również z udziałem pedagoga, ale tylko w sytuacji, gdy się dobrze rozumiemy i współpracujemy zgodnie. Innej opcji nie widzę.

Najpierw mnie takie stanowisko w zakresie indywidualnych rozmów z dziećmi zaskoczyło, a potem dało do myślenia. Czy naprawdę świat już aż tak zwariował, że nie można zrobić niczego tak, żeby nie musieć udowadniać potem swojej winy lub raczej jej braku. Czy nie mogę z dzieckiem porozmawiać bez świadków, bo np. chcę się czegoś od niego dowiedzieć. Skoro np. wychowawca jest zaniepokojony stanem ucznia lub jego zachowaniem i prosi o pomoc, mam wydzwaniać do rodziców po zgodę na jednorazową rozmowę przez 5 minut i prowadzić rejestr wszystkiego?! Przecież o żadnym nagrywaniu w takim przypadku nie może być mowy. Ale, ale…

Co innego jeśli nagrywać rozmowę ze mną ma ochotę rodzic. Taki, który przekonuje mnie, że nie powinnam się do jego dziecka zbliżać, bo… nie potrafi podać żadnych sensownych argumentów. Jest w takim rodzicu strach przed tym, że jego dziecko coś może powiedzieć, wyjawić jakąś tajemnicę. A wiadomo, tajemnice nie powinny oglądać światła dziennego. Dlatego czasem się cieszę, że moje dziecko chlapie ozorem na prawo i lewo, to już z niego nic nie zdołają wyciągnąć. Zgodnie z zasadą: Co w sercu, to na języku.

Zdarzały mi się sytuacje, że rodzic, który ze mną rozmawiał w gabinecie szkolnym, nagrywał mnie. Chciał mieć dowód? Na co, pytam się i zastanawiam, kiedy dojdziemy do czasów totalnego absurdu, że rozmowy będą odbywały się bez udziału telefonów, tak na wszelki wypadek, żeby wykluczyć prawdopodobieństwo, że moje własne słowa zostaną wykorzystane przeciwko mnie. Potem ludzie toczą boje w sądzie na słowa, o to kto ile razy i przeciwko komu wypowiedział jakie zdanie. Nie liczą się w tym dzieci, ich dobro. Nie liczy się to, że ja jako psycholog nie życzę sobie być nagrywana podczas rozmowy. Nie liczą się intencje i dobre chęci. Że chcę dobrze dla rodziny i dziecka w szczególności. Ważne, by uczepić się szczegółu, jakiegoś fragmentu wyrwanego z kontekstu i na jego podstawie walczyć z innymi o swoje racje. Racje. Których często brakuje. Bo brakuje spokoju, rozwagi i tego, by pomyśleć o tym, gdzie w tym wszystkim dobro własnego dziecka.

Staram się podchodzić do ludzi, którzy przekraczają prób gabinetu z pełną otwartością. Przyszli przecież do obcej osoby, by podzielić się z nią swoimi najbardziej osobistymi przeżyciami. Widzę, jak im ciężko, więc próbuję obalić ten mur obcości, by poczuli się dobrze. Ale potem łapię się na tej chorej myśli, że może ważniejsze od pomocy i wsparcia jest właściwy dobór słów. Tracę więc nieraz swoją otwartość, gdy zaczynam się zastanawiać nad tym, czy dostatecznie ważę słowa. Przecież muszę uważać na to, co mówię, bo ktoś może mnie w danej chwili nagrywać. Chore, prawda?

2 Comments

  1. Ann

    Oh, rozmowy z udziałem telefonów – niezaleznie od tego, czy mają włączony tryb nagrywania czy nie – to istna plaga… Zawsze zwracam na to uwagę (chociaż zazwyczaj zachowuję to dla siebie), gdy ktoś w bezpośredniej relacji chociażby wyciąga telefon i kładzie go w widocznym miejscu – już samo to interpteruję jako albo brak szacunku, albo poważny problem z uzależnieniem. Chociaż skala problemu wydaje mi się tak duża, że zaczynam się zastanawiać, czy sobie przypadkiem czegoś nie uroiłam i może nie nadążam za „rozwojem”?

    1. Aleksandra Karczmar Aleksandra Karczmar

      Zgodzę się z tym brakiem szacunku. Bardzo często rodzice podczas rozmowy odbierają telefony i ja to nawet rozumiem, bo to może być coś ważnego. Ale wielokrotnie tak nie jest, a nawet nie powiedzą „przepraszam.” A tzw. „rozwój” to dziś bardzo modne słowo i niemodnie za nim nie nadążać. Tylko czy powinniśmy nadążać za wszelką cenę?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *