Nic na siłę czyli o wycieczce i kogo warto lubić.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Potrafię spartolić niemal wszystko. Serio.

Wycieczka na Węgry z pracy mojego męża (nieraz niektórzy się dziwią, czemu piszę lub mówię, że „mojego”, a nie tylko męża), w każdym razie wycieczka zapowiadająca się wspaniale, prawie nie doszła do skutku.

Powodem była straszna wichura, jaka miała miejsce wieczorem i w nocy, kiedy mieliśmy wyjeżdżać. Otóż, z natury jestem bardzo bojaźliwą osobą, która dosłownie boi się wszystkiego i wszystkich. A tak na poważnie to kataklizmów. Wiatr, który łamał drzewa, wystraszył mnie na dobre, do tego stopnia, że chciałam zostać w domu. W głowie mi się nie mieściło, że mogę nos za drzwi wystawić w taką aurę. Nie spieszyło mi się do opuszczania ciepłego i przytulnego domu, żeby ponieść śmierć podczas wichury. Serio, takie miałam myśli. Najczarniejsze scenariusze pisały się same w mojej głowie, kiedy słyszałam wycie za oknem. Stwierdziłam, że co to, to nie, ja nie mam zamiaru jechać na wycieczkę i nie wrócić. Wprawdzie jednocześnie się pakowałam i marudziłam, ale w głębi duszy pragnęłam, żeby mój mąż (a niech będzie, że mój!), powiedział słowa, jakie chciałam wtedy usłyszeć, a więc: „Kochanie, zostańmy w domu.” I coś w stylu: „Nie ma sensu pchać się na taką zawieruchę.” Coś podobnego niby padło, ale mąż raczej miał pretensje, że „wydziwiam”. Niby zdążył już przyzwyczaić się do mojego wydziwiania przez tych parę ładnych lat bycia razem, ale wciąż go zaskakuję i zadziwiam swoimi śmiałymi pomysłami. A więc nie jedziemy? – pytam i nie rozumiem, o co mu chodzi. No bo on w głębi duszy jechać jednak wolał.

Żeby nie było, ja też chciałam się wyrwać choćby na chwilę z tego domowo – pracowego tygla, codzienności tygodniowej, podobnej jeden dzień do drugiego jak dwie krople wody. Ale zmęczenie po całym tygodniu wzięło górę, do tego niemiłosierne wycie za oknem i afera gotowa. Ale ostatecznie dom opuszczamy i jedziemy na miejsce zbiórki, gdzie czekamy na przyjazd autokaru w samochodzie, bo wiatr dalej tak wieje i deszcz tak pada, że nie ma szans na wyjście na zewnątrz. Kiedy więc tak czekamy, niemal zasypiam w aucie, jako że jestem z tych co na co dzień chodzą wcześnie spać (ach, znowu te nawyki starszych ludzi, typowe dla mnie!). Potem budzi mnie krzyk męża, że czas wyskakiwać z auta i biec, bo autokar już stoi. Lecimy więc, mąż pakuje nasz bagaż, a ja wpadam do środka, gdzie patrzy na mnie wiele nieznanych mi par oczu. Wybieram dla nas miejsca i opadam na fotel, zdezorientowana, nie bardzo wiedząc, co się ze mną dzieje. Potem próbuję zasnąć przez 2 godziny. Rano marudzę, bo nie mam kawy, a ja bez kawy żyć nie mogę, choć piję zaledwie 2 dziennie, ale muszą być. Więc kiedy wreszcie wypijam kubek pysznej i aromatycznej kawy na ziemi węgierskiej wnet o 9.30 (!), głowa pęka mi okropnie. Potem, kiedy będziemy biegać po pięknej stolicy, będzie mi słabo i źle, ale dopiero na statku, kiedy popłyniemy po Dunaju, poczuję się tak źle, że o mało nie padnę trupem. I to bynajmniej nie z powodu choroby morskiej. To ból głowy mnie pokona. Wieczorem więc, po niezbyt pysznej kolacji (tylko wtajemniczeni mnie zrozumieją, bo takich ziemniaków chyba nie jedliśmy nigdzie!), padnę ze zmęczenia na łóżko, gdzie niewzruszona będę spała do rana. Nie dotrzymam więc towarzystwa mężowi w integrowaniu się z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Szkoda…?

Jestem z natury narzekająca i jęcząca. Jęcząco – marudząca. Rzadko kto jest w stanie przebić mnie w tym względzie. Potrafię nieźle wyszukiwać sobie przeszkody na wyrost, uciekać i wycofywać się. Nie lubię też narzucać się innym. Nie lubię robić tego, na co nie mam ochoty. Kiedy czegoś nie chcę, nie robię tego. Kiedy chce mi się spać, kładę się bez względu na to, co pomyślą o mnie inni. Mogę wyjść na ignorantkę i nietowarzyską osobę. Nie przejmuję się tym, co pomyślą. Oczywiście każdy chce, żeby inni myśleli o nim dobrze i miło, ale… To chyba nie jest najważniejsze. Nie potrafię się z kimś zaprzyjaźnić bądź zbliżyć się do niego, tylko dlatego, że się to opłaca. Lubię tych, których uważam za wartościowych. Bardzo polegam na pierwszym wrażeniu, choć oczywiście bywa i tak, że można się nieźle pomylić. Na wycieczce poznałam kilka osób, o niektórych już na początku pomyślałam: „O, to ktoś fajny!” Potem tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu jedząc z nim śniadanie czy rozmawiając. Nie umiem udawać, że kogoś lubię, jeśli tak nie jest. Męczę się tym i uważam, że szkoda mojego czasu i energii w wikłanie się w znajomości, które i tak nie mają szansy przetrwać. Staram się generalnie być miła dla nowo poznanych osób, ale nie ma to nic wspólnego z potrzebą zaprzyjaźnienia się z nimi. Jestem miła, ot. Jeśli mi na kimś zależy, dopiero wtedy się staram. I to też po swojemu. Nie potrzebuję tabunu dookoła. Gwaru, śmiechu jak na wycieczce. To nie dla mnie. Znam siebie i wiem, czego potrzebuję.

Ponoć nie ma dziwniejszych ludzi niż psychologowie… Zgadzam się z tym stwierdzeniem w zupełności. Lubię ludzi. Lubię z nimi pracować i przebywać. Lubię ich słuchać. Lubię dla nich pisać. Ale po trzech dniach spędzonych z całym autokarem, mam potrzebę, żeby posiedzieć w domu w ciszy. I podzielić się swoimi myślami z moimi Czytelnikami. Ale nie żałuję, że pojechaliśmy na wycieczkę. Wiatr ucichł i choć wiele szkód poczynił, wiele drzew powalił, my wróciliśmy zmęczeni, ale cali i zdrowi, i uśmiechnięci.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *