(Nie)potrzebna diagnoza

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Diagnoza dzieci.
Prosimy o nią w szkole rodziców.
Ja psycholog i moja koleżanka pedagog.
Zdarza się, że także inni nauczyciele, głównie wychowawcy.
Czasami ją dostajemy, czasami nie.
Jest podstawą do udzielania dziecku stałej pomocy psychologiczno – pedagogicznej na terenie szkoły.
Z drugiej strony…

Czy tak naprawdę potrzebujemy diagnozy?

Od razu zacznę od tego, że nie podważam sensu diagnozowania dzieci w poradniach. Dobrze, że istnieje możliwość sprawdzenia czy dziecko rozwija się prawidłowo, a jeśli nie, to określenia co takiego niepokojącego się z nim dzieje. Po to właśnie jest diagnoza. To numer jeden – określić to co nie jest normą, nazwać to, przyporządkować do jakiejś jednostki klasyfikacyjnej. Wtedy właśnie rodzic może usiąść i spokojnie odetchnąć – zrobił przecież pierwszy krok, odważył się, a dodatkowo – coś zyskał. Informację. Może taką, która mu nic nie mówi i po której nie wie, czego się spodziewać. A może padło słowo, np. ADHD, o którym rodzic ma jakieś mgliste i bardzo niejasne wyobrażenie, stworzone na podstawie tego co gdzieś wcześniej przypadkowo zasłyszał lub zobaczył. Pamiętam emitowany jakiś czas temu w telewizji film dokumentalny o dzieciach, m.in. z ADHD, które zagranicą są leczone według nowatorskich programów. Oglądałam i… sama nie wiem. Miałam takie dziwne uczucie patrząc na coś, czego u nas nie ma, bo wiadomo, nie ma pieniędzy, środków, możliwości. Z drugiej strony… nie wszystko mi się w tym podobało. Bo tam jako numer jeden przywoływana była diagnoza. To słowo pojawiało się tak często, że właściwie służyło do wytłumaczenia wszystkiego. Czy o to właśnie chodzi? Miałam mieszane uczucia.

Punkt drugi. Jesteś rodzicem. Usłyszałeś diagnozę. Dostałeś garść wyjaśnień lub tylko jakieś strzępy. Dobrze, jeśli diagnoza stanowi punkt wyjścia do pomocy. Przyznania jej dziecku lub starania się o nią. Łatwiej, jeśli ktoś Tobą pokieruje, powie Ci jakie formy wsparcia są dla Ciebie i Twojego dziecka dostępne. A jeśli sam nie może lub nie umie Ci pomóc, jeśli wskaże miejsce, do którego możesz się udać. Po pomoc. Kiedy już ją dostaniesz, zakładam, że będzie Ci łatwiej. Po jakimś czasie oswoisz się, może trochę ochłoniesz, poznasz innych rodziców w podobnej sytuacji i Twoje życie ułoży się, wskoczy na nowe tory. To oczywiście wariant optymistyczny, ale wiem, że on czasami się zdarza. Jednak…

Nie ma diagnozy, nie ma problemu.

Sama wiem, że są rodzice, którzy nigdy na diagnozę się nie zdecydują. Bo wciąż pokutuje, w społeczeństwie albo tylko w ich głowach, pogląd, że po diagnozę zwracają się tylko ci „psychiczni”. Lub że nie wypada, bo przecież co inni (w sumie kto taki?) sobie o nich pomyślą. Będą ich samych i ich dziecko wytykać palcami, a tego oni nie zniosą. Wolą więc udawać, że wszystko jest w porządku. Działają w myśl niepisanej zasady: „Nie ma diagnozy, nie ma zaburzenia, nie ma problemu.” Gorzej jeśli problem jest i nic się nie zmienia. A właściwie zmienia się – np. zachowanie dziecka się pogarsza.

Problem szkoły…

Z drugiej strony bywają rodzice, którzy gdy uzyskają diagnozę, dostarczają ją do szkoły i uważają, że odtąd to już nie ich problem. Oni swoje zadanie wykonali, teraz pora na szkołę. To ona ma wychować dziecko, zapewnić mu opiekę psychologiczną i pedagogiczną, pracować z dzieckiem. I osiągać wyniki, które rodzice oceniają. Oni zaś sami nic nie robią. No może poza krytyką szkoły i podjętych przez nią działań. Że za mało, że nie takie jak trzeba, że za późno, że nie w porę… Dodatkowy problem stanowią oczekiwania takich rodziców, że ich dziecko będzie odtąd (od momentu dostarczenia diagnozy do szkoły) traktowane jakoś szczególnie, czytaj: ulgowo! Owszem, diagnoza stanowi podstawę indywidualnego podejścia do ucznia, ale muszą tutaj również być zachowane jakieś granice. Taka granica oznacza, że nie można dziecka zwalniać z odpowiedzialności za wszystko co złe i niewłaściwe zrobi tylko dlatego, że posiada taką, czy inną diagnozę. To pułapka, która może sprawić, że diagnoza staje się podstawą tłumaczenia wielu zachowań dziecka, na które nie można się godzić i nad którymi trzeba pracować.

Start, a nie meta.

A tego właśnie nie rozumieją często rodzice. Że diagnoza to jakby start dla dziecka, a nie meta, do której dotarło i za którą już nic nie ma. To dopiero początek. Pokonywania przeszkód i pracy. Wspólnej. Szkoły z dzieckiem, rodziców ze szkołą i rodziców z dzieckiem. Jeśli któryś element tej kombinacji zawodzi, pojawia się strata. Nie dla szkoły. Nie dla rodziców. Dla dziecka. To o jego dobro przecież chodzi.

Niełatwa diagnoza.

W imię tego dobra rodzice czasami na siłę starają się uzyskać diagnozę, w swoim przekonaniu, korzystną dla dziecka. Chodzą, proszą, depczą ścieżki, aż wreszcie uzyskują upragniony papier. Lub odwrotnie, idą na badanie z dzieckiem, któremu przykazują co ma robić albo czego zdecydowanie ma nie robić podczas badania. Problem w tym, że badanie trwa góra kilka godzin, a to czasami za mało, żeby dobrze poznać dziecko i właściwie je ocenić. Dlatego coraz częściej poradnie proszą szkołę lub rodziców o dostarczenie opinii o dziecku wystawioną przez szkolnego pedagoga/psychologa i/lub wychowawcę. Taka opinia dopełnia obraz dziecka, jest świadectwem jego zachowania w dłuższym okresie czasu, w warunkach „naturalnych”, niczym niekontrolowanych. Problem w tym, że rodzice nie mają obowiązku dostarczyć takiej opinii do poradni na badanie. A wówczas diagnoza odbywa się wyłącznie na podstawie wyników uzyskanych przez dziecko w momencie badania. Łatwiej wówczas ocenić poziom intelektualny dziecka, jego możliwości poznawcze niż określić czy jego zachowanie podczas badania jest jego typowym zachowaniem. Co jeśli tak nie jest? Porażka, a nie diagnoza.

Normalność zamiast diagnozy.

Z diagnozą czy bez niej pracujemy z dziećmi w szkole. Podczas stałych zajęć, czasem podczas przerw, a nieraz i w czasie lekcji, gdy np. nauczyciel wzywa nas na interwencję do klasy. Nie zawsze pamiętamy jaka jest diagnoza dziecka, jakie słowo „klucz” jest wpisane przy jego nazwisku w segregatorze. Bo właściwie do czego jest nam potrzebna diagnoza? Czasami mam wrażenie, że to jakiś zbędny balast, o którym trzeba pamiętać z racji tego, że ciąży dziecku na plecach. Najczęściej nie zwracam na niego uwagi i staram się normalnie prowadzić zajęcia czy rozmowę z uczniem. Gdy pracujemy z dziećmi w grupie, nie ma żadnego znaczenia jakie hasło jest przypisane do dziecka. Przecież dzieci są różne, a grupa jedna. Przecież zajęcia są dla nich wszystkich razem, a nie każdego z osobna. Przecież chodzi o to, by w tym wszystkim zachować, a może nawet przywrócić normalność. Normalność, której te dzieci czasem nie doświadczają, bo czują się inne niż reszta rówieśników. Właśnie z uwagi na diagnozę. A one chcą być takie jak inni. Nic więcej. Nieważne, że czasem normalność to zwykła gra i śmiech, żeby rozładować napięcie, które narosło w domu pełnym konfliktów i przemocy. Normalność to dobre słowo dla dziecka, które nigdzie indziej go nie usłyszy. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na diagnozę? W segregatorze w szafce zamkniętej na klucz? I niech tam zostanie.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *