Protest

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Wszyscy naokoło protestują.

Nauczyciele i rodzice.

Przeciwnicy rządu i jego zwolennicy.

Mają czegoś dość i mówią o tym głośno i wyraźnie.

No więc ja też się przyłączę.

A więc… zacznijmy wszystko od początku.

Jestem psychologiem. No właśnie, przecież JESTEŚ PSYCHOLOGIEM!

Nie chodzi o blog. Tylko ogólnie, tak w pracy, jak i w życiu.

Czy ja mam jakieś prawa? Czy mogę zaprotestować? Nie zgodzić się? Wyrazić swoje zdanie?

Wyjść ze swojej roli choć na 5 minut i poczuć się kimś innym niż „pomagaczem”?

Nie.

Czy ja nie przesadzam, pytasz? A jednak!

Psycholog to chyba jednak nie „też człowiek”.

Psycholog ma wszystko i wszystkich rozumieć.

Psycholog ma zawsze i wszystkim współczuć.

Psycholog ma zawsze chcieć i umieć ze wszystkimi na każdy temat rozmawiać. Itd.

Psycholog ma mieć niezwykły dar, dany wprost z niebios lub wypracowany podczas długoletniej (koniecznie!) praktyki zawodowej, dar empatii, który sprawia, że potrafi się wczuć w każdą sytuację każdego człowieka, niezależnie od tego, co sam o tym myśli.

Przecież psycholog nie ma prawa osądzać ani oceniać, usłyszałam ostatnio dobitnie. I dałam się zbić z tropu.

Czyli nie mam prawa do tego, co codziennie większość z Was robi mimowolnie i to tysiące razy jadąc rano komunikacją miejską lub stojąc w korku do pracy.

Przecież Wy tylko wypowiadacie swoje opinie czy zdanie, fakt, czasem dla kogoś bardzo krzywdzące, innym razem tylko nieprzychylne, ale co tam. Przecież każdemu wolno powiedzieć co myśli.

Każdemu z wyjątkiem psychologa.
To byłoby nieprofesjonalne. Ooo, właśnie, to jest właściwe słowo! Aaaa… jeszcze może nieetyczne?

Takie „nieludzkie”. Też pasuje jak ulał.

Najważniejsze, że wiadomo o co chodzi.

Przecież jesteś psychologiem! – Słyszę czasem z nutą goryczy i wyrzutu w głosie mówiącego.

A więc mam być niczym Matka Teresa – współczująca i zawsze litościwa.

Zawsze skora do pomocy, nawet jak mam gorszy dzień.

Przecież ja nie mam prawa mieć gorszego dnia!

Nie mam też prawa odmówić udzielenia komuś pomocy!

Zawsze opanowana i spokojna, umiejąca na trzeźwo zdiagnozować (to dobre słowo!) sytuację i znaleźć jak najlepsze rozwiązanie z danej sytuacji, problemu.

Przecież dla psychologa nie ma sytuacji bez wyjścia, czyż nie?!

Każdy problem może, powinien (!) pomóc rozwiązać, bo jak nie, to wniosek jest tylko jeden – że jest beznadziejnym psychologiem.

Jakaś przesada? Nie, skąd.

Chodzi tylko o to, by mieć milion odpowiedzi i gotowych recept, które zagwarantują innym udane życie, małżeństwo i dzieci w szczególności, sukces, a przy okazji pomogą uporać się z alkoholizmem i przemocą oraz nieudanym dzieciństwem. Wszystko po to, by nauczyć innych wieść szczęśliwe i beztroskie życie, a wszystko to łącznie, najlepiej podczas jednej, do tego oczywiście bezpłatnej, sesji.

Jakieś pytania?

Nie, skąd, psycholog nie ma prawa pytać. Powinno mu wystarczyć to co ktoś sam mu powie w zaufaniu i największej tajemnicy. Nie może nic, broń Boże, wykorzystać, to największa niegodziwość i sprzeniewierzenie się zasadom etyki zawodowej.

Liczy się jedynie dobro pacjenta, którego możemy też nazwać klientem, żeby nie poczuł się urażony z racji tego, że traktujemy go na równi z chorymi. To też czasami nie wypada psychologowi.

Klient brzmi lepiej. Dumniej. I jak mówi powiedzenie: „Klient – nasz Pan!”.

Czyli mam się liczyć z klienta każdym widzimisię, a w szczególności z jego emocjami.

Bo on ma prawo do wszystkich uczuć, a co za tym idzie – może okazać, również mnie samej, niezadowolenie czy nawet gniew. Wkurzyć się tak po ludzku na mnie za to czy za tamto.

A ja mam pokornie przyjąć ten gniew na klatę. Ale tak bez zbędnych komentarzy czy słowa skargi. Oczywiście asertywnie.

Ja przecież panuję nad sobą, uczyłam się tego przez całe lata studiów i nawet może w szkole psychoterapii, którą mam mieć obowiązkowo ukończoną, jak wymagają dziś pracodawcy oferujący pracę w zawodzie za pensję minimalną.

Co tam pieniądze?! Ważne są pozytywne emocje. Aaaa… i dobre nastawienie.

Wtedy wszystko się udaje!

To nic, że po drodze mogę się potknąć i wpaść w paszczę smoka, którego imię brzmi nie inaczej jak „wypalenie zawodowe”. Przecież nikt mnie przed nim nie chroni. Chyba, że ja sama.

No więc kurtyna opada i światła rozbłysną.

Pora na przerwę – teraz spektakl mojego życia.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *