Ślub od pierwszego wejrzenia = ?

zestaw-kubkow-maz-i-zona-2-szt

Czy można? Wziąć ślub od pierwszego wejrzenia? Bez zakochania, bez motyli w brzuchu? Nawet bez głosu rozumu, który szepcze, że to „dobry kandydat”? Nawet jeśli miłości nie ma, a ma się nadzieję, że ona przyjdzie z czasem?

Można. Pokazuje to program TVN.

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że taki program w polskiej telewizji to tylko kwestia czasu, zaśmiałabym się. I tyle. Nie uwierzyłabym. A jednak.

Czemu na blogu wpis na ten temat? Jakiś czas temu skomentowałam ów program pod czyimś postem. Napisałam coś o finale przed ołtarzem, choć wiedziałam, że ślub jest udzielany przez urzędnika stanu cywilnego. Zwykła słowna pomyłka. Niektórzy mieli mi ją jednak za złe. A chodziło mi przy tym o coś zgoła zupełnie innego…

Bo bez względu na to, czy i przed kim zawieramy ślub, powinniśmy to czynić w pełni odpowiedzialnie i z całą świadomością tego, co robimy. Rodzi się we mnie pytanie: to przed urzędnikiem można taki ślub zawrzeć, a w Kościele nie? Jaka to różnica poza tą oczywistą? Czy jeśli decydujemy się na ślub, to wybieramy wariant cywilny jako bardziej bezpieczny, asekurancko na wypadek: gdyby coś nie wyszło? Z kim więc weźmiemy ten jeden jedyny ślub przed Bogiem? Z tym mężem, który będzie potem, jako drugi, czy z kimś jeszcze innym? Bo się już pogubiłam w tym wszystkim.

Czy do tego, żeby wziąć ślub, choćby i taki „tylko” cywilny i przed kamerą, wystarczy zobaczyć tę drugą osobę i stwierdzić: „Dobra, ok, może być, nie jest najgorszą pokraką ;)”. Czy nie mamy naprawdę żadnych oczekiwań, które byśmy chcieli, żeby nasz partner spełnił? Dajmy mu może na to trochę czasu. Więcej, mniej, ale jednak. A nie stwierdźmy przed kamerą, na oczach wielu widzów, że „lepiej gdyby on był bardziej umięśniony”. A ona mogłaby mieć więcej taktu albo choćby gracji, ale to już bez znaczenia…

Bo czar już prysł i bańka mydlana pękła. Pantofelek nie pasuje do wybranki. Kopciuszek zniknie tak szybko jak się zjawił. I znowu trzeba będzie szukać od nowa. Poznawać, randkować, spotykać się, wysilać. Czy naprawdę nie warto tego zrobić, by spotkać właściwego człowieka? Takiego, którego będzie się pewnym i z którym będzie się chciało zestarzeć, a nie tylko pokazywać na zdjęciach z wakacji? Takiego, którym może przyjdzie Ci się opiekować, gdy już kurtyna opadnie i światła zgasną, a Ty usłyszysz diagnozę, że jest chory?

Gdzie w tym wszystkim miejsce na miłość? Poznanie drugiej osoby, jej spojrzeń, uśmiechów, dotyku? Gdzie czas, którego potrzeba, żeby stworzyć relację i więź? Coś trwałego, co sprawi, że ta osoba będzie dla Ciebie inna niż reszta napotkanych wcześniej. Bez względu na to co stwierdzą wszyscy „niby” eksperci, którzy tracą w moich oczach decydując się na to, by swoim nazwiskiem i tytułem naukowym współtworzyć taką farsę. Gdzie w tym wszystkim miejsce na przypadek, który rządzi naszym życiem, czasami przyczyniając się do naszego szczęścia?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *