Ślub od pierwszego wejrzenia = ?

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

zestaw-kubkow-maz-i-zona-2-szt

Czy można? Wziąć ślub od pierwszego wejrzenia? Bez zakochania, bez motyli w brzuchu? Nawet bez głosu rozumu, który szepcze, że to „dobry kandydat”? Nawet jeśli miłości nie ma, a ma się nadzieję, że ona przyjdzie z czasem?

Można. Pokazuje to program TVN.

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że taki program w polskiej telewizji to tylko kwestia czasu, zaśmiałabym się. I tyle. Nie uwierzyłabym. A jednak.

Czemu na blogu wpis na ten temat? Jakiś czas temu skomentowałam ów program pod czyimś postem. Napisałam coś o finale przed ołtarzem, choć wiedziałam, że ślub jest udzielany przez urzędnika stanu cywilnego. Zwykła słowna pomyłka. Niektórzy mieli mi ją jednak za złe. A chodziło mi przy tym o coś zgoła zupełnie innego…

Bo bez względu na to, czy i przed kim zawieramy ślub, powinniśmy to czynić w pełni odpowiedzialnie i z całą świadomością tego, co robimy. Rodzi się we mnie pytanie: to przed urzędnikiem można taki ślub zawrzeć, a w Kościele nie? Jaka to różnica poza tą oczywistą? Czy jeśli decydujemy się na ślub, to wybieramy wariant cywilny jako bardziej bezpieczny, asekurancko na wypadek: gdyby coś nie wyszło? Z kim więc weźmiemy ten jeden jedyny ślub przed Bogiem? Z tym mężem, który będzie potem, jako drugi, czy z kimś jeszcze innym? Bo się już pogubiłam w tym wszystkim.

Czy do tego, żeby wziąć ślub, choćby i taki „tylko” cywilny i przed kamerą, wystarczy zobaczyć tę drugą osobę i stwierdzić: „Dobra, ok, może być, nie jest najgorszą pokraką ;)”. Czy nie mamy naprawdę żadnych oczekiwań, które byśmy chcieli, żeby nasz partner spełnił? Dajmy mu może na to trochę czasu. Więcej, mniej, ale jednak. A nie stwierdźmy przed kamerą, na oczach wielu widzów, że „lepiej gdyby on był bardziej umięśniony”. A ona mogłaby mieć więcej taktu albo choćby gracji, ale to już bez znaczenia…

Bo czar już prysł i bańka mydlana pękła. Pantofelek nie pasuje do wybranki. Kopciuszek zniknie tak szybko jak się zjawił. I znowu trzeba będzie szukać od nowa. Poznawać, randkować, spotykać się, wysilać. Czy naprawdę nie warto tego zrobić, by spotkać właściwego człowieka? Takiego, którego będzie się pewnym i z którym będzie się chciało zestarzeć, a nie tylko pokazywać na zdjęciach z wakacji? Takiego, którym może przyjdzie Ci się opiekować, gdy już kurtyna opadnie i światła zgasną, a Ty usłyszysz diagnozę, że jest chory?

Gdzie w tym wszystkim miejsce na miłość? Poznanie drugiej osoby, jej spojrzeń, uśmiechów, dotyku? Gdzie czas, którego potrzeba, żeby stworzyć relację i więź? Coś trwałego, co sprawi, że ta osoba będzie dla Ciebie inna niż reszta napotkanych wcześniej. Bez względu na to co stwierdzą wszyscy „niby” eksperci, którzy tracą w moich oczach decydując się na to, by swoim nazwiskiem i tytułem naukowym współtworzyć taką farsę. Gdzie w tym wszystkim miejsce na przypadek, który rządzi naszym życiem, czasami przyczyniając się do naszego szczęścia?

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *