Specjalista

Specjalista.

Tak się nazywa psychologa w szkole. Przynajmniej w Rozporządzeniu MEN odnośnie udzielania pomocy psychologiczno – pedagogicznej w szkołach. Brzmi dumnie? A może jednak durnie?

Dlaczego?

Napimpanie i nadęcie nie zmieniają w żaden sposób tego, że realia polskich szkół często (niestety) pozostawiają wiele do życzenia. Zwłaszcza jeśli idzie o małe placówki.

Jako „specjalista” nie mam często swojego gabinetu.

Nie mam też pokoju razem z pedagogiem szkolnym, bo i on często nie ma gdzie przycupnąć w spokoju podczas lekcji czy przerw. Tułamy się więc nieraz po różnych zakamarkach szkoły, odwiedzamy sale, biblioteki i pokoje nauczycielskie, a wszystko to w poszukiwaniu choćby chwili wytchnienia od wścibskich spojrzeń i hałasu.

Nie mamy więc swojego miejsca, gdzie możemy – przecież w atmosferze bezpieczeństwa i zaufania, tak potrzebnej (niezbędnej?) – porozmawiać z uczniem, nauczycielem czy rodzicem.

Zdarza się więc, że lądujemy na korytarzach, a nawet skwerkach szkolnych, kiedy akurat pogoda jest przepiękna. W sumie to ostatnie nie jest nawet takie złe, ale… co będzie kiedy zrobi się zimno…? Nie wiem, czy ktoś przewidywał taki scenariusz. Może więc aura się jednak zlituje…?

Druga kwestia to materiały i pomoce dydaktyczne, w oparciu o które ma pracować psycholog w szkole. Nie ma czegoś takiego jak podstawa programowa zajęć terapii psychologicznej. Wszystko zależy od inwencji twórczej i doświadczenia psychologa, który ma być niczym orkiestra dęta – wszechwiedzący i wszechposiadający. Przydadzą się nam bowiem i książki, i bajki, i klocki, i materiały plastyczne, historyjki obrazkowe, i karty pracy, i… Podczas zajęć można używać wszystkiego, czego dusza (i nie tylko) zapragnie w nadziei, że coś przypadnie wreszcie do gustu naszym wybrednym uczniom!

Czasem coś tam się uda wymyślić, ale bywa i trudno. Powtarzanie nudzi, więc trzeba stale wymyślać nowe rzeczy i metody. Bo pół biedy jak znudzony jest uczeń. Gorzej ze mną! Serio. Ile razy można robić w kółko to samo?!

No więc jadę w poniedziałek do szkoły z Kłapouchym, żeby wytłumaczył przedszkolakom, że może nie zawsze warto się martwić i być smutnym. Można potem takiego Kłapouchego mocno przytulić i szepnąć mu coś do uszka. A potem będziemy układali różne wesołe i smutne minki z kasztanów, bo przyszła na nie pora, a już nie mogę patrzeć na te oklepane karty pracy dotyczące emocji!

Jak widzicie więc, radzę sobie jak mogę, ale…

Trzecia kwestia to ilość godzin, jakie psycholog spędza w szkole, a ilość pracy jaką ma do wykonania. Są szkoły, w których mam tylko ściśle określone zajęcia (np. 6 dzieci po 1 godzinie zajęć tygodniowo). Są też szkoły, w których prowadzę zajęcia, warsztaty, spotykam się z rodzicami i nauczycielami. Liczba uczniów, jaką mam objąć swoim działaniem, robi porażające wrażenie.

Punkt czwarty. Czarodziejska różdżka. Mam taką. Serio. Wierzy w to przynajmniej połowa (dobra, trzy czwarte) nauczycieli, z którymi pracuję. Robię „pyk” i wszystko się zmienia. Na lepsze, oczywiście. A więc pogadam z kimś raz (no dobra, parę razy) i znika dany problem np. uczeń z agresora zmienia się w potulnego baranka. Jak widzicie, sprawa bardzo prosta, po prostu trzeba mieć „specjalistę”.

Punkt piąty. Wszechwiedzący. Taki oczywiście jest psycholog – specjalista. Zdaniem innych. Wie wszystko o tym, jak to jest, że ktoś jest taki, a nie inny. Wie, kto ponosi za to winę (rodzice, patologiczne dzieciństwo, zaburzenia). Wie też, co zrobić, żeby zdarzył się cud. Myk i już. Wystarczy, że spojrzy na osobę i już wszystko o niej wie. I o tym jak jej pomóc. Jakby była przezroczysta…

Punkt szósty, ostatni. Biurokracja. Najważniejsze jest, żeby papiery się zgadzały. Liczba godzin, uczniów, ilość poświęconego im czasu itd. Nieważne, czy naprawdę zaangażuję się w pomoc dzieciom, które tego bardzo w danym momencie potrzebują. Ważne, by rubryki były wypełnione co do minuty, wszystko pięknym i czytelnym pismem (niestety nie mam takiego).

Bywa trudno. Takie są oczekiwania wobec psychologów w szkołach. Że znajdziemy sobie sami jakieś ciche miejsce, gdzie uda nam się załatwić wszystkie powierzone nam zadania. Że będziemy nieustannie kreatywni i będziemy wciąż inwestować w nowe pomoce dla uczniów (jak nie kupię, to ich nie mam). Że będziemy czarodziejami, którzy w mig odgadują ludzką naturę i rozwiązują wszelkie problemy, zatrzymując przy tym wskazówki zegara, żeby nie pędziły zbyt szybko… Prawdziwy specjalista…

2 Comments

  1. Przykre jest to, co piszesz… Jak nisko traktowany jest zawód psychologa… Poniżej sprzątaczek i woźnych, które mają swój kantorek. Brak gabinetu i materiałów dotyczy również mnie – psychologa w Domu Pomocy Społecznej. Nie dostanę nawet zwykłych kredek i ołówków do prowadzenia zajęć :|. Wszystko muszę organizować sobie sama, co jest mega frustrujące, biorąc pod uwagę również niskie wynagrodzenie. Ostatni punkt – w punkt. Nieważne, ilu osobom pomogę, ilu nie pomogę – ważne, by dokumenty były wypełniane prawidłowo i na bieżąco, co zajmuje mi nawet 2 godz. dziennie. Oczywiście bez swojego biurka, komputera i miejsca pracy (jak to robię? Magia! Czysta magia!).
    Duuuużo musi się jeszcze w jednostkach samorządowych zmienić, bo w takich warunkach ciężko się pracuje i przekłada się to niestety negatywnie na efektywność tej pracy. Kiedy psycholodzy zaczną być traktowani na równi z resztą pracowników samorządowych?

  2. Aleksandra Karczmar

    Żeby Cię pocieszyć, napiszę, że ostatnio jechałam do szkoły wraz z własnym przedłużaczem! Tydzień wcześniej okazało sie bowiem, że ktoś też go potrzebował i zabrał, i nie mogłam z dziewczynką posłuchać muzyki (na własnym laptopie!)…. Mnie najbardziej kiedyś zirytowało pytanie w jednym z DPS-ów, gdzie byłam na rozmowie kwalifikacyjnej. Pani Dyrektor zapytała mnie, czy mam ukończoną szkołę terapeutyczną?? Ja jej na to: „A czy Pani wie, ile taka szkoła kosztuje?” Od tamtej pory zawsze tak odpowiadam, gdy ktoś proponuje mi głodową pensję, a sam ma wymagania jak z innej planety. Chciałam, żeby mój tekst był taki słodko – gorzki, bo niestety realia są jakie są, ale co można zrobić…? Ja staram się jak mogę i wiem, że wiele się nauczyłam dzięki temu, że wszystko musiałam sobie sama organizować. Jednak jeżdżenie z własnymi przyborami i milionem innych rzeczy bywa męczące i frustrujące. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *