Syty = bezpieczny

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Nie da się żyć bez jedzenia. No nie da się i koniec. Na tym polega cały problem.

Możesz nie pić alkoholu do końca życia.

Możesz i dobrze by było, żebyś odstawił wszystkie używki, od papierosów aż po te najbardziej ekstremalne.

Możesz nawet nie uprawiać seksu, choć w terapii seksoholików przecież nie o to chodzi, a o to by nauczyć się korzystać z niego i cieszyć się nim.

Możesz przestać grać na tablecie i smarftonie, choć ciężko jest dziś żyć zupełnie bez urządzeń mobilnych i Internetu.

Możesz ograniczyć zakupy i hazard.

Nie wyeliminujesz jednak jedzenia.

Bez niego ani rusz.

Ile wytrzymasz nie jedząc?

Dzień? Dwa? Specjalnie nie sprawdzam nawet żadnych rekordów. Choć wydaje mi się to indywidualną kwestią.

Z drugiej strony jedzenie jest dla nas takie ważne. Znaczące.

Gotujemy dla innych, by pokazać im, że ich kochamy i że są dla nas ważni.

Gotujemy, bo to nasza pasja, choć zdarza się, zwłaszcza w natłoku codziennych obowiązków, że również przykry obowiązek, którego nie lubimy. Ale i tak gotujemy, pieczemy, pichcimy. Kupujemy jedzenie, tony jedzenia.

Lubimy jeść. I jemy.

Nie jemy wprawdzie śniadań, bo nie chce nam się ich przygotowywać, ale za to wieczorem odreagowujemy w bezpiecznych czterech ścianach nagromadzony przez cały dzień stres, który uchodzi z nas niczym powietrze z przekłutego balonika, kiedy jemy. Czujemy się dobrze, jest słodko, pysznie, miło. Słowem – bezpiecznie.

Jedzenie zaspokaja nasze poczucie bezpieczeństwa.

Fakt, złudnie. Ale jednak. Zabija głód i… ból. Pociesza.

Zaspokaja nasze potrzeby, które potrafimy jedynie w ten sposób zagłuszyć. Zapomnieć o nich choć na chwilę, bo zaspokojone to one i tak nie są. A więc jemy i jemy. I tyjemy. Albo nie chudniemy wcale, choć tak bardzo się staramy. Wysyłamy jednak ciągle do naszego mózgu, żołądka i wreszcie ciała mylne sygnały. Nasz organizm wariuje. Czuje się zmęczony i senny, kiedy nie dostaje swojej zwyczajowej dawki kalorii, a wystarczy batonik, by wywołać uśmiech na twarzy i przypływ endorfin. Na krótko jednak. Potem, kiedy czujemy się pełni, przejedzeni, przychodzi kolej na negatywne emocje – poczucie winy, może wstyd, że nie umiemy się pohamować, poskromić łakomstwa, powiedzieć sobie „dość”. Odmowa kojarzy nam się bowiem tak boleśnie, że nie mieści się w granicach ciasnej normy. Nie wypada przecież odmówić w pracy, na imieninach czy grillu u znajomych. Wypada zjeść i dobrze się bawić. Czasem, często także dołożyć sobie kalorii w postaci wysokoprocentowych napojów, których zadaniem jest poprawić nasz nastrój. Nie figurę. Bo oprócz tego, że mamy dobrze jeść i pić oraz świetnie się bawić, najlepiej by było, żebyśmy jeszcze jednocześnie dobrze wyglądali. Czytaj: SZCZUPŁO. Takie są przecież ideały z okładek, z którymi lubimy się porównywać. Do nich dążymy i chcemy być takie jak one lub oni. Zapominamy jednak, że ich wygląd to często ciężka praca. Mówię przynajmniej o tych, którzy naprawdę wyglądają dobrze i ZDROWO.

Żyjemy w czasach, gdy jedzenia nam nie brakuje.

Brakuje za to umiaru i rozsądku.

Wybieramy to co szybkie, wysokoprzetworzone, nafaszerowane chemią. Chcemy mieć czas na wszystko. Chcemy tyle zobaczyć i przeżyć. Obejrzeć wieczorem ciekawy film i rano popędzić do pracy. Kupujemy więc w pośpiechu drożdżówkę, bo nie mamy siły wstać wcześniej i zrobić sobie kanapki. Zapełniamy więc żołądek byle czym i byle jak, żeby mieć więcej czasu na pracę, życie towarzyskie, dla rodziny i dzieci. A w niedzielę obowiązkowo jemy deser w postaci porcji lodów i to bynajmniej nie złożony z 2 gałek, ale przynajmniej 3 z dodatkiem bitej śmietany i polewy. Nie potrafimy się nie skusić. Mówimy sobie: tylko dzisiaj, ostatni raz, jutro niczego takiego nie zjem. I ładujemy w siebie kolejne smakołyki. Aż któregoś dnia nie mieścimy się w swoje ulubione spodnie lub patrzymy z wyrzutem w lustro. Waga pokazuje dużo za dużo, a my dziwimy się: jak to się mogło stać? Przecież wczoraj skusiliśmy się tylko na mały kawałek pizzy. Zapominamy o tym co zjedliśmy poprzedniego dnia i o cieście, które dosłownie pożeraliśmy wzrokiem, kiedy koleżanka z pracy wniosła je do naszego pokoju. Jemy więc. I znowu czujemy to – jesteśmy syci, jest nam błogo.

Jedzenie nam daje, ale i zabiera.

Uzależnia nas od siebie tym bardziej, że nie da się bez niego żyć. Pochłania tyle naszej energii, kiedy głowimy się, czego nie jeść, by znowu nie przytyć. Zabiera nam pewność siebie, bo czujemy, że nie panujemy nad sobą. Kawałek tortu ma nad nami zupełną władzę. Czujemy się słabi w zetknięciu z pokusą. Bezbronni w obliczu jedzenia. Nie wierzymy wreszcie, że coś może nam się udać. Coś czyli schudnięcie. I tak bez końca trwa huśtawka naszych nastrojów w zależności od tego, co pokazuje nam waga i czy ssie nas w żołądku. Zapominamy przy tym o tym, że jedzenie to tylko i aż taka przyjemność, która trwa, od której nie uciekniemy i której nie zwyciężymy. Grunt, żeby ona nie panowała też nad nami.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *