Szansa

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Pracuję generalnie z dziećmi młodszymi, bo w szkole podstawowej. Jednak z racji zmian, które nas czekają od września, w naszych szkołach pojawią się (czy raczej zostaną?) starsze dzieci. Dawne gimnazjum. I tak myślę sobie przy tej okazji, że nie jest łatwo być takim już nie – ale jednak – gimnazjalistą w dzisiejszych czasach.

Dziś kiedy wszystko pędzi. Kiedy świat mówi: szybko i szybciej, nęci nas bogactwem barw i przeżyć, kiedy oferuje nam tyle możliwości. Jest internet, są media społecznościowe, lajki i hejt, które pozwalają się „wypowiedzieć” (to chyba nie do końca właściwe słowo). Są tablety i smartfony, dzięki którym możesz być na bieżąco i w kontakcie dosłownie ze wszystkimi. Są gry i rzeczywistość wirtualna, która zastępuje normalną i szarą codzienność, sprawiając, że nauka w szkole wydaje się zbędna i nudna.

Czy to dobrze, że żyjemy w czasach jakich żyjemy? To zależy. Dzieci rodziców, którzy nie znają się nic na nic na komputerach, są panami swojego losu. Rodzice właściwie nie mają pojęcia o tym, co ich syn czy córka robią w internecie. „Grają chyba, no nie?” – odpowiadają mi pytaniem na pytanie. Nie znają jednak gier, w które ich dzieci grają. Nie potrafią obsługiwać Facebook’a, więc nie zobaczą zdjęć córki, no chyba, że znajomy im pokaże w geście litości: „Zobacz no, co Twoja córka do sieci wrzuca…” I matka robi wielkie oczy…

A dzieci chcą zaistnieć. Czują presję.

Chcą być lubiane. Być częścią grupy.

Nie tej formalnej, jak np. klasy, bo w niej są, dlatego, że gdzieś muszą być. Ale w tych, które wyznaczają inni, ci najbardziej popularni i fajni. Chcą BYĆ. Rodzice dziwią się temu i nie rozumieją, ale jak mają zrozumieć, skoro czas spędzany z dzieckiem zastąpili na kolejny gadżet, którego sami nie potrafią obsługiwać. Nie ma więc zwykłego bycia razem, każdy ma swój pokój i swoje medium (rodzice najczęściej telewizor, no chyba, że są bardziej zorientowani w nowych technologiach). Każdy spędza swój czas wolny osobno, o ile w ogóle go ma, bo rodzice najczęściej skarżą się, że nie istnieje takie pojęcie w ich codzienności. Nie ma wspólnych wyjść do kina, restauracji, co najwyżej szybka pizza gdzieś w drodze do domu. Nie ma wspólnego uprawiania sportu. Rodzice zalegają w niedzielne popołudnia z pilotem na kanapach, więc ich dzieci robią to samo. Pamiętam jak przyjechałam niedawno do jednego domu i uderzył mnie widok iluś par drzwi, każde pozamykane, każde do czyjegoś pokoju. „Przecież każdy musi mieć swój pokój” – wyjaśniła mi babcia z oczywistością w głosie. Rozumiem, ale… czy muszą być one wszystkie szczelnie zamknięte, tak żeby przypadkiem nikt się na nikogo nie natknął? A potem jeden nie wie nic o drugim, o tym co lubi, a czego nie. O tym co go smuci i denerwuje, i dlaczego.

Dzieci są dobre i kochane dopóki są małe, większe zaczynają sprawiać problemy, więc zostawiamy je same sobie.

Muszą sobie poradzić. No i radzą sobie. Nieważne, że tylko tak jak potrafią. Nikt ich nie nauczył, jak zdobyć sympatię w inny, bardziej odpowiedni sposób. Niepewni siebie, niedowartościowani, szukający ciągle potwierdzenia, że czegoś są warci. Ile? Dla siebie, kolegów, wreszcie – rodziców, dla których powinni być przecież najważniejsi na świecie.

Nie jest łatwo być dziś dzieckiem, a dorastającym dzieckiem tym bardziej.

Nikt nie rozumie. Wszyscy oceniają. Wymagają. Rozliczają. „Zrobiłeś lekcje?… Nie? To nie mamy o czym rozmawiać.” Bez szans na dialog, własne zdanie, które będzie uszanowane. Bez poważnego traktowania, bo przecież „w głowie ma same głupoty”. Bez możliwości pokazania, że można być odpowiedzialnym, choć pewnie nie zawsze.

A jacy my byliśmy w ich wieku? Czy wszyscy tacy odpowiedzialni i rozsądni? Wszyscy ładni i zgrabni, a do tego z dobrymi świadectwami? Czasami z brzydkich kaczątek wyrastają naprawdę fajni i piękni ludzie.

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *