Tata nr 2

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Najpierw może nie potrafimy się dogadać. W zwyczajnych kwestiach, takich codziennych. Dopiero potem zauważamy, że ktoś nas tak denerwuje, że nie jesteśmy w stanie już z nim wytrzymać kolejnego dnia. Że drażni nas jego nucenie, szwędanie się po domu bez celu, nawet to jak układa talerze. A więc rozchodzimy się. Każdy idzie w swoją stronę. Rozpoczyna nowe życie. Tylko dzieci zostają nam wspólne. Na zawsze. Może każdy będzie chciał je ciągnąć w swoją stronę?

Może ułożymy sobie to nowe życie z kimś innym. Może przyjdzie nam to z łatwością, a może jednak z większym trudem. A może będziemy zawsze sami? Bywa różnie, ale odnosząc się do moich zawodowych doświadczeń, często obserwuję, że jeśli ktoś w młodym wieku zakończy jakiś związek, to jest duża szansa na to, że niedługo rozpocznie kolejny. Rozpocznie go wraz z dziećmi w wieku przedszkolnym lub szkolnym. Pół biedy, jeśli dzieci zdążą poznać nowego tatusia na długo przed tym, zanim on się wprowadzi do domu. Odtąd wspólnego dla niego i dzieci, które przecież nie są jego. Pół biedy, jeśli nowy tata będzie lubił dzieci oraz okaże się czuły i troskliwy, dając na początek solidne podstawy, żeby zbudować nową, ważną relację. Z dziećmi.

Potem w tej nowej rodzinie często pojawia się ktoś jeszcze – dziecko, wspólne mamy i nowego taty. Choćby nie wiem jak bardzo wszyscy się starali, ono zawsze będzie faworyzowane. Zwłaszcza przez tatę, bo ono jest jego. Tak po prostu. Nie potrzeba niczego więcej. Jeden argument za. Więzy krwi. A pozostałe dzieci często będą się czuły odrzucone, niedoceniane, niekochane. Więc nie polubią nowego taty tak bardzo jak jego synek czy córka. Będą go trzymać na dystans, nie pozwolą zbliżyć się za bardzo. Nauczą się, że przecież jemu nie można ufać. Bo on jest… obcy. To nie mama, z którą miło spędza się czas i nawet można czasami porozmawiać. Jego się nie słucha, nie wykonuje jego poleceń, co go jeszcze bardziej złości i irytuje. Potem on uważa, że dzieci są do niego uprzedzone i sam się do nich uprzedza. Albo widzi w tym sprawkę biologicznego ojca, z którym dzieci spotykają się raz na tydzień albo dwa. Niby jest to tacie nr 2 na rękę, bo wtedy w domu spokój i można się zająć wyłącznie swoim maleństwem, ale z drugiej strony woli on trzymać rękę na pulsie. A więc kontrolować. Dzieci. Tak, tak, je trzeba kontrolować, odpytywać z tego co robiły u tego pierwszego taty. Bo nie daj Boże, żeby dobrze się bawiły albo dobrze o nim mówiły. Ale jak mówią, że jest im tam źle, to też niedobrze, bo wtedy trzeba się zastanowić nad ograniczeniem tych kontaktów. A potem przychodzą święta i wakacje, i nie wiadomo co z tym czasem, i dziećmi zrobić. Może lepiej je wysłać, nawet jeśli nie chcą pojechać, bo wtedy samemu można odpocząć? A może lepiej trzymać je z dala od patologii czyli ojca biologicznego, bo przecież wiadomo, że wszystko co złe to on. Źródło problemów i bolączek. Dzieci się nie uczą? To pewnie przez niego. Nie słuchają? Pewnie to on je wrogo nastawia.

Ludzie zapominają o tym, że sami budują swoją relację z dzieckiem. Tak po prostu i od zera. Najlepiej, jeśli odbywa się to bez pośredników, bez wikłania innych. No bo jak jestem już jako ten drugi ojciec, no to niech nim będę. Nie zmienię przecież tego, że dzieci, które będę wychowywał, mają innego ojca. Że będą ciągnąć do niego tym bardziej, im gorzej będzie im ze mną. A może nawet niezależnie od tego, po prostu będą miały taką potrzebę, by go znać dalej i się z nim spotykać. A mnie samego nieraz wystawią na ciężką próbę, by sprawdzić, czy mi na nich zależy. A jeśli to ja ich zawiodę, nie darują. Wytkną, wypomną. Jestem przecież na cenzurowanym i muszę mocno się starać. Bardzo mocno. Nie wystarczy, że będę. Muszę się wysilać, interesować, pytać o to i owo, żeby pokazać, że JESTEM OBOK. Może będę musiał zdobywać to zaufanie i uczucie miesiącami, a nawet latami. Ale…

Nie wymagaj od dziecka, żeby mówiło „mamo” do kobiety, której nie zna, a która zostaje z nim pod Twoją nieobecność, gdy Ty wyjeżdżasz do pracy zagranicę. Nie wymagaj, by nazywało „tatą” kogoś, kto wczoraj przyniósł do domu torbę ze swoimi rzeczami, budząc tym wielkie zmieszanie u dzieci, które nie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi.

Nie chodzi bowiem o to, że nie masz prawa ułożyć sobie swojego życia na nowo. I tak jakbyś chciał. Masz. Ale czy chciałbyś sam znaleźć się od jutra w sytuacji, gdy obcy człowiek zabiera Ci jedynego rodzica, który Ci pozostał. Tak często dzieci to oceniają. Czy chciałbyś zamieszkać z kimś obcym, kto ma zastąpić Ci ojca, tego, który przecież gdzieś jest na świecie, może lepszy lub gorszy, ale jednak. Przecież to Twoja tożsamość. Nie wystarczy ją wyrwać czy zdeptać. Nie warto.

Nie zmienisz tego, że jesteś tym drugim rodzicem. Nie zmienisz też tego, kim są te Twoje – nie – Twoje dzieci. One już mają matkę i ojca. Ty bądź dla nich kimś extra. Nie konkuruj z nikim. Nie rywalizuj. To trudne.

Ale jeśli kiedyś usłyszysz, jak same z siebie mówią do Ciebie „tato”, tzn., że Twoja misja się powiodła.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *