W cieniu męża

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Mówi się, że za sukcesem znanych i wielkich polityków czy biznesmenów zawsze stoją ich żony.

Z drugiego planu sterują wszystkim, pomagają w podejmowaniu ważnych decyzji, czasami to one je podejmują.

Można w to nie dowierzać, ale… Tak jest.

Żona swojego męża.

Może nią jesteś? Ja jestem. Wiele kobiet staje się kimś takim choćby na jakiś czas w swoim życiu, wtedy gdy, np. są w ciąży lub właśnie urodziły dziecko. Siedzą przysłowiowo w domu i co robią? Piorą, prasują, gotują. Piorą, prasują, robią zakupy. I tak w kółko. Mąż w sumie pomaga przy wychowywaniu dziecka bądź dzieci, ale tak naprawę nic na ten temat nie wie. Nie wie, jaki syrop dziecko pije wieczorem i czy łyżeczkę, a może jednak łyżkę. Ty za to wiesz, że on ma jutro ważne spotkanie, więc pierzesz mu i prasujesz koszulę, gdzieś pomiędzy bujaniem dziecka a wyjściem z nim na spacer. Czasami masz już dość swoich obowiązków domowych i tego, że nie jesteś rozumiana, bo właściwie wszyscy się dziwią, o co codziennie wszczynasz alarm? Że Ci nudno w domu albo że Twoją jedyną rozrywką jest wyjście na plac zabaw, albo że nie masz ani jednej eleganckiej kiecki, żeby wyjść gdzieś z mężem. Ale w sumie po co Ci ona, skoro i tak nigdzie nie wychodzicie?

Bingo!

O to właśnie chodzi! Siedzisz zamknięta w czterech ścianach, może od roku lub dwóch, a może dłużej. A on pracuje. Wychodzi do ludzi, robi karierę, zarabia pieniądze. Pieniądze. One decydują o podziale władzy w związku. Kto zarabia, ten ma władzę. Możesz się zżymać, przyjmować to lub nie, ale tak jest. Ty masz puste konto, a na jego są pieniądze. Prosisz go co rusz, żeby zasilił Twoje konto, bo przecież za coś musisz zrobić zakupy, których on nie robi. On czasem wymyśla Ci, co Ty takiego robisz z tymi pieniędzmi, bo topnieją jak śnieg na słońcu i słyszysz, że ciągle Ci mało i mało. Więc uczysz się, jak wydawać rozsądnie, ale choćbyś nie wiem, jak się starała, usłyszysz jedno: za dużo wydajesz! Nic to, że on nie wie, co trzeba kupić czy ile to kosztuje. Że nie ma pojęcia, że dziecko potrzebuje dresów do przedszkola albo nowych butów. Przecież ostatnio byłaś na zakupach! Więc starasz się wydawać jak najmniej, jedynie co to na dzieci, na sobie oszczędzasz jak możesz, za co jemu aż nadto obrywa się przy byle kłótni. Jak już przychodzi do wyjścia gdzieś z domu, to nie masz ani jednej sukienki, bo przez ostatnie lata kupowałaś tylko jeansy, adidasy i koszulki. Praktycznie, wiadomo.

I nagle olśniewa Cię, że Tobie właściwie też się coś od życia należy!

Że nieważne, że jesteś tylko żoną swojego męża. Tą, która prasuje i gotuje. Tą, która nie ma własnych pieniędzy, a może i ma, ale zdecydowanie mniej niż on. Widzisz, ile on Ci zawdzięcza. Że może spokojnie pracować do późna i nie martwić się o to, co będzie na obiad, bo dostanie go pod nos, kiedy tylko wróci do domu. Wiadomo przecież, że kochająca żona dba o męża, a Ty taką jesteś. Potem zrobisz też kolację, a rano nastawisz budzik, żeby naszykować mu śniadanko do pracy. Jego koleżanki w pracy zauważą od razu, że on tych śniadań sam nie robi, bo za fajne są. On by co najwyżej pajdę chleba ukroił i coś tam cisnął, a Ty mu dajesz pomidorki, papryczkę, jogurcik, soczek itd. Ale dzięki temu, że on dobrze je, to ma potem siłę, by myśleć. I pracować. Podobnie Wasze dzieci, które dzięki Tobie są dopieszczone.

Wszystko super i świetnie, ale przychodzi taki moment, że myślisz sobie, że może Twoje życie jest bez sensu, bo ciągle tylko to pranie i gotowanie, a jeśli nawet już pracujesz, to Twoja praca to jakby dodatek. Dalej robisz wszystko inne, choć mąż przecież też Ci pomaga, ale… Nie zrobiłaś oszałamiającej kariery tak jak on, nie zarabiasz tak jak on. Czujesz i widzisz, ile macie pieniędzy i kto, i ile wkłada do wspólnego worka. Ciągle szamoczesz się niczym pies na uwięzi, bo chciałabyś, żeby było inaczej. Żeby choć raz mu pokazać, że znaczysz tyle samo co on. Że jesteś tak samo ważna. Jesteś?

Klucz w tym, żeby to pojąć i zrozumieć, nie licząc pieniędzy, nie zaglądając na konto. Może Twój mąż osiągnął taki sukces, bo go w tym każdego dnia wspierałaś i kibicowałaś mu. Wierzyłaś w niego jak nikt inny. Wspierałaś dobrym słowem i mówiłaś, że wszystko mu się uda. Być może to Ty podjęłaś najważniejsze decyzje, które zaważyły na tym, że teraz dobrze żyjecie. Ja wiem, on się złości i nie chce tego przyznać, ale prawda jest taka, że to Ty jesteś szyją, która kręci głową. Jesteś niezbędnym ogniwem. Być może zrozumiałaś też kiedyś, że dom i rodzina są za ważne, a czasu jest za mało i że może ktoś musi z czegoś zrezygnować, żeby było więcej wszystkiego dla Was? Pieniędzy także. Wierzę jednak, że dobro rodziny to nie tylko pieniądze. One niczego nie gwarantują. Ktoś musi nimi zarządzać. Ktoś musi je liczyć i oszczędzać. Również planować na co je wydać. Nieraz wydawać spontanicznie. Ale to tylko pieniądze. Nie warto się o nie kłócić. Bo dziś mamy ich tyle, jutro możemy nie mieć ich wcale. Ważne, żeby zrozumieć, że zarabiamy je dla kogoś, z kim chcemy być.

Nie wierzę w równe podziały obowiązków.

I w to, że dwie osoby w związku mogą zrobić zawrotną karierę. Mogą, ale kosztem czegoś. Jeśli chcemy tych kosztów uniknąć, czasem trzeba spojrzeć na coś na chłodno i ocenić, kto i co wnosi do związku. I czy nam się to opłaca. Jeśli tak, może nie warto tego na siłę zmieniać i stale się o to zżymać, że jestem może mniej ważna od niego? Może kiedyś przyjdzie dzień, że role się odwrócą? A może o moim poczuciu własnej wartości nie powinno decydować to, ile ja zarabiam i ile on zarabia? Czasem w praniu i gotowaniu można zapomnieć o sobie. O tym, że jesteś brakującym puzzlem w układance, jaką razem tworzycie.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *