W pogoni…

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Widzisz w witrynie sklepu sukienkę. Starannie uszyta, piękny kolor, elegancka w swej prostocie, słowem – idealna. Takiej jakiej szukałaś… Albo i nie szukałaś, po prostu wpadła Ci w oko. Wahasz się przez moment, po czym zdecydowanym krokiem wkraczasz do środka z nadzieją, że znajdziesz swój rozmiar. Sukienka jest, owszem, tylko cenę ma nieco wygórowaną, ale po chwili, usilnie zachęcana przez sprzedawcę, decydujesz się ją przymierzyć. Nie zawsze uważasz, że dobrze w czymś wyglądasz, ale tym razem jesteś dosłownie zachwycona. Omal nie krzyczysz z wrażenia! Wniosek jest jeden: Musisz ją mieć! Teraz, tu, natychmiast! A więc już bez najmniejszego zastanowienia wyciągasz swoją kartę płatniczą, żeby pokryć ten „drobny” wydatek. Przemyka Ci przez głowę niezręczna myśl, że może to za duża suma jak na kawałek takiej szmatki, ale w pośpiechu ją odganiasz i zachwycona swoim nowym nabytkiem wychodzisz ze sklepu cała w skowronkach.

W domu.

Wracasz do domu i przymierzasz raz jeszcze. I tu następuje koniec happy end’u, kiedy odkrywasz, że Twoje lustro nie wyszczupla tak bardzo jak to w sklepie albo, że wcale nie do twarzy Ci w czerwonym. Może jeszcze pruje się jakaś nitka albo zamek ciężko się zapina…? Czujesz się oszukana, może zawiedziona, a już na pewno niezadowolona. „Jak mogłam być taka głupia?!” – myślisz z wyrzutem, gdy orientujesz się, że daleko Ci do tamtej dziewczyny z plakatu w identycznej sukience. Jej idealna figura stanowiła idealne dopełnienie jej idealnej sukienki. I tu zaczynasz wyraźnie widzieć tę różnicę, że Twoja – i sylwetka, i sukienka nie są wcale idealne. Co robisz? Zwracasz do sklepu sukienkę, jeśli masz taką możliwość. A może uciskasz ją pospiesznie do szafy, żeby już nie drażniła Cię swym widokiem w nadziei, że „kiedyś się przyda”. Przecież wybierasz się niedługo na chrzciny, a jeszcze czekają Cię 2 wesela w tym roku.

Mijają kolejne miesiące, a Ty stwierdzasz, że czerwona sukienka wcale Ci się nie przyda, jak uważałaś wcześniej. W sumie na jedno wesele nie idziesz, w międzyczasie decydujesz się na „małą czarną” po okazjonalnej cenie na wyprzedaży, a potem stwierdzasz, że na chrzciny wypadałoby kupić coś bardziej odpowiedniego, czyli mniej „pogrzebowego”. Ostatecznie wybierasz pastelową sukienkę, za którą zbierasz wiele komplementów. Kiedy jednak nadchodzi jesień i drugie wesele, Ty znowu zastanawiasz się, co na siebie założyć. I niewykluczone, że kupisz kolejną „wymarzoną” sukienkę.

A to „tylko” Twoje sukienki. Gdzieś w szafie masz poupychane podobne do siebie koszulki, bluzki i dżinsy, nie licząc torebek i butów. Choć przecież każda kobieta lubi kupować coś innego. Ja np. uwielbiam szaliki i chustki – na każdego są dobre, więc można je kupować bez mierzenia. Ale…. do szalików dołożyć musimy chociażby cały zalegający nam w domu, a nieużywany już sprzęt elektroniczny, no i oczywiście „stare” modele telefonów. Przecież „wszyscy” mają już od dawna smartfony, więc Ty również nie możesz odbiegać od reszty!

Rzeczy. Ubrania. Sprzęty. Gadżety.  

Faktem jest, że kupujesz, kupujemy za dużo. Efektem tego są nasze zagracone mieszkania i domy, w których mamy tyle niby potrzebnych rzeczy, z których istnienia faktycznie po jakimś czasie nie zdajemy sobie nawet sprawy. Leżą przykryte stertą innych, równie potrzebnych – niepotrzebnych. Niektórzy mówią, że trzymają je na wypadek, że kiedyś im się przydadzą, ale ten dzień faktycznie nigdy nie nadchodzi. Inni twierdzą, że potrzebują więcej miejsca, by zaprowadzić wśród wszystkich zgromadzonych przedmiotów jakiś ład i porządek. Prawda jest taka, że im więcej mają miejsca, tym więcej gromadzą.

Do czego potrzebujemy tych wszystkich rzeczy? Co dzięki nim zyskujemy? Osoby nieco starsze powiedzą, że to dlatego, że kiedyś półki sklepowe świeciły pustkami i dlatego teraz kupują, bo wreszcie mogą.

Dwa, posiadanie rzeczy daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Zapełniamy pustą przestrzeń dookoła nas budując poczucie, że mamy coś wartościowego, bo mamy dużo.

Trzy, nie jesteśmy przecież gorsi od innych. Mam, bo mam, bo mnie stać, myśli dumnie niejeden z nas. A niech nie myśli sobie sąsiad, że jestem gorszy od niego!

I tu dochodzimy do czegoś co nazywamy POCZUCIEM WŁASNEJ WARTOŚCI.

Czy potrzebuję udowodnić innym, że jestem coś wart?

A może sam zgubiłem gdzieś tę wartość, właśnie w pogoni za rzeczami.

Jak to się dzieję, że mam tak wiele, a jednak nie czuję się z tym szczęśliwy?

Że czuję ten głód, który pcha mnie do przodu, sprawia, że muszę pracować i pracować.

A potem wydawać i wydawać.

Dziś nawet książki można kupić tanio.

I z jednej strony to dobrze, cieszę się bardzo. A z drugiej, zdarza mi się kupić nowość na promocji, która potem mnie rozczarowuje i ląduje gdzieś na półce. Po co mi więc ona? Ale czasami tak trudno się oprzeć…

Brakuje nam zatrzymania się w tym pędzie i odkrycia, co tak naprawdę lubimy. Może to szaliki, a może kryminały? Choć przecież nie można porównywać tych dwóch kategorii ze sobą! Po co więc gromadzimy inne rzeczy? Czujemy się potem nimi przytłoczeni, a z drugiej strony jakbyśmy byli wciąż nie na czasie, bo nie mamy tego czy owego. Ciągle jest w nas ten niedosyt niczym ssanie w żołądku, które sprawia, że nie umiemy powiedzieć sobie: DOŚĆ. Z jednej strony mamy ciągle więcej i więcej, z drugiej – wręcz odwrotnie, tracimy coś bezpowrotnie kupując nowe rzeczy. Ciągle zastanawiamy się, czy dobrze kupiliśmy. Czy ta sukienka? Czy ten telefon? Przecież mogłam wybrać lepiej – myślisz i wątpisz w siebie. Efektem tego jest ciągłe niezadowolenie z siebie. Gubisz się w tym, co uważasz za ładne, interesujące i warte posiadania. To że dziś coś takie jest, nie oznacza, że jutro będziesz podzielał takie zdanie. Czujesz się zdezorientowany, zagubiony, zmęczony. Czy aby na pewno podjąłeś właściwą decyzję? Może jednak nie. Może więc warto kupić coś innego? Lepszego? I tak bez końca. I tak tracisz czas i swoją energię – najpierw na zarabianie, potem na wydawanie, potem na zastanawianie się i zamartwianie, czy podjąłeś słuszną decyzję kupując to, a nie tamto. A… i jeszcze dużo czasu zajmuje sprzątanie tego całego bałaganu. Może więc nie warto? Jak powiedziała moja koleżanka, jutro i tak w sklepach znajdzie się coś lepszego od tego co masz, coś nowszego, bardziej nowoczesnego. Bez względu na to, co i ile kupimy. Pomyśl o tym, co daje Ci kupowanie rzeczy? Jakie Twoje potrzeby faktycznie zaspokaja?

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *