Wewnętrzny krytyk

Mama ciągle powtarza Kubie, że nigdy nie będzie lubiany i akceptowany przez grupę. Że nigdy nie znajdzie kolegów ani przyjaciół. Że zawsze będzie się za nim ciągnąć to, że bił dzieci w przedszkolu. Że pluł na nie i się wściekał. Pomimo tego, że Kuba się zmienił, nie może wyjść z kokonu swojej winy. Nie pozwala mu na to jego matka. Codziennie przypomina mu, że kiedyś był niegrzeczny. Dziś jest innym dzieckiem, choć przecież nie jest aniołkiem. Ale i tak często czuje się winny. Nie tylko wtedy, kiedy zrobi coś złego. Czasem mama, która martwi się na zapas, wypatruje znaków na ziemi i niebie świadczących o tym, że Kuba się do czegoś przyczynił. Bezwarunkowo czegoś złego.

Kuba nie wierzy w siebie. Choć jest przecież fajnym i wartościowym dzieckiem. Takim, które pragnie być kochane i akceptowane. Takim, które chce usłyszeć, że mama jest z niego dumna. I że wszystko mu się w życiu uda. Nawet jeśli tak nie będzie…

Kiedy Kuba będzie dorosły, nie będzie umiał nawiązywać satysfakcjonujących relacji z innymi. Będzie ciągle sądził, że nie zasługuje na to, żeby otaczać się dobrymi ludźmi. Będzie ciągle w siebie wątpił. Będzie niczym detektyw tropiący swoje własne winy, potknięcia. Nawet jeśli nie będą one wielkie lub nie będzie ich prawie wcale, będą spędzały mu sen z powiek. Innym łatwo go będzie przekonać, że coś spaprał, nawet jak nie będzie w danym miejscu i czasie obecny. Rozumiecie to? Będzie niczym skazaniec i najsurowszy sędzia w jednej osobie.

Macie tak, że jesteście w stanie obwiniać się dosłownie o wszystko?

Brzmi jak absurd, ale jednak.

Sytuacja nr 1:

Wchodzisz do pracy, gdzie szybko okazuje się, że Twój zespół popełnił fatalny błąd, przez który cofną wam dotacje. Albo każdy ostro oberwie po premii. Szybko analizujesz w umyśle każdy swój ruch zastanawiając się, jak mogłeś coś takiego przeoczyć, nie zauważyć, nie dopilnować. Jak mogłeś?! – wyrzucasz sam sobie i besztasz się. Faktem jest, że pracujesz z kilkuosobową drużyną, więc każdy mógł zauważyć „Twój” błąd. Ale jednak…

Sytuacja nr 2:

Jesteś nauczycielem. Przychodzi do Ciebie matka i wypisuje dziecko z Twoich zajęć (nieobowiązkowych). Wiesz, że dzieciak biegał po szkole i rozpowiadał, że jemu to się nie chce na te zajęcia chodzić, więc to nie kwestia, czy Ty go uczysz, czy ktoś inni. Cała sprawa nie powinna mieć dla Ciebie większego znaczenia, bo usłyszałeś od rodzica: „Ja do pani nic nie mam. Proszę tego nie traktować personalnie.” Łatwo się mówi! A jak to zrobić? Znowu zachodzisz w głowę, co by było, gdybyś to nie Ty miał zajęcia, tylko kolega, który jest bardziej… i tu następuje wyliczanka: fajniejszy, potrafi ciekawiej prowadzić lekcje, zainteresować uczniów itd. Nonsens. Wiesz dobrze, że zmiana nauczyciela nic by nie wniosła, a jednak się dręczysz.

Sytuacja nr 3

Twoje dziecko przychodzi ze szkoły i mówi, że jego kolegi z ławki dziś nie było. Nie myślisz sobie, że zachorował (co najbardziej prawdopodobne), tylko że nie przyszedł do szkoły, bo nie chce już… siedzieć razem z Twoim dzieckiem. Brzmi nieco niedorzecznie, ale właściwie czemu nie?!

Często jest tak, że winimy siebie za wszystko. Za błędy popełnione i te, które jeszcze nie miały szansy się wydarzyć. Nie dostrzegamy tego, co nam dobrze idzie. Albo i może coś zauważymy, jednak mamy tendencję do podkreślania i wyolbrzymiania tego co negatywne, a dzieje się dookoła nas. Nie na wszystko mamy wpływ. Nie wszystko brzmi przekonująco i sensownie, jednak pozwalamy sobie na takie myślenie w stylu: Jestem do niczego. To na pewno moja wina. To przeze mnie się nie udało. Paradoksalne w tym wszystkim jest to, że przypisujemy sobie jakieś moce nadprzyrodzone, podkreślamy swoją ważność dla sprawy. Uważamy, że inni zawsze widzą nasze błędy i że tylko my je popełniamy.

Rzeczywistość jest jednak trochę inna. Czasem mamy wpływ na sprawę, a innym razem tego wpływu nie mamy. Zamiast to przyjąć i iść do przodu, kiedy jest to możliwe, stoimy w miejscu stale drepcząc dookoła przystanku z napisem „Moja wina”. Potrafimy tam dziurę wydeptać od ciągłego kręcenia się dookoła. Nasz wewnętrzny krytyk nie pozwala nam drgnąć. Pomyśl sobie o nim, że może jest już trochę zmęczony i dlatego tak czasami daje Ci popalić kiepskim humorem czy chandrą. Może chciałby trochę odpuścić.

A czy Ty jesteś w stanie odpuścić sam sobie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *