Za ciency w uszach…

Jesteśmy za ciency w uszach, by sobie z tym poradzić.

To słowa, które wypowiedziała znajoma mi osoba.

Stwierdziła tym samym, że sobie nie poradzimy z pewnym problemem.

Ubodło mnie to, powiem szczerze.

Nie, żebym uważała, że jestem nie wiadomo jaka.

Jak dobra w tym co robię i pomocna dla kogoś, kto się do mnie zwróci ze swoim problemem.

Jeszcze muszę się wiele nauczyć.

Uczę się niezmiennie każdego dnia.

I jestem wdzięczna tym, dzięki którym to robię. Ale…

Żeby tak od razu, że „jesteśmy za ciency…”?

Kto – ja czy inni? A może sam zainteresowany, którego problem dotyczy?

A może my wszyscy? Serio?!

Nic się nie odezwałam, ale drzazga mi się wbiła głęboko!

Dziś, kiedy mija od tych słów kilka dni, budzi się we mnie bunt, że przecież to wcale nieprawda, że sobie nie poradzę, ja albo my wszyscy.

Że przecież te słowa podcięły mi skrzydła już na wstępie.

Nie dały możliwości nawet rozpostrzeć tych skrzydeł, a co dopiero gdzieś na nich polecieć!

Jestem naprawdę wściekła!

Nie na tę osobę, która je wypowiedziała, choć także.

Raczej przede wszystkim na siebie, bo uwierzyłam w tamtej chwili, że jednak jestem…

Jestem za cienka w uszach, dobrze słyszycie.

Ja sama na chwilę w to uwierzyłam.

I to jest najgorsze!

Dałam się przekonać komuś, kto ma mniejsze niż ja kompetencje, żeby pomóc, że ja też nie dam rady!

Choć przecież nawet nie spróbowałam…

Nie dałam się wprawdzie zniechęcić, ale pomyślałam sobie: „Może ona ma rację….?”

Co jeśli jednak nie ma?!

Co jeśli w ten sposób niszczymy wiarę naszego dziecka w to, że coś może mu się udać!

Przecież nie wiemy tego, dopóki ono nie spróbuje.

Raz, drugi, setny.

Nie daj sobie wmówić, że jesteś do niczego.

Nie daj sobie wmówić, że nie masz dość siły i determinacji, żeby coś zmienić.

Że nie masz dość zasobów niezbędnych do tego, żebyś wyszedł z tarapatów.

Nawet jeśli, do diaska, ich nie masz, to możesz mieć przekonanie, pewność, że Ty im pokażesz!

Że wstaniesz i otrzepiesz się!

I pójdziesz zwycięsko dalej, bez względu na to, jak mocnego kopniaka dostałeś.

Rada druga – pomóc w tym może spotkanie po drodze kogoś hardego. Hardego i pewnego siebie, kto nie tak jak ja zwątpi w siebie na moment. Raczej kogoś, kto jest niczym pirania, która pożre Cię, zanim zdążysz się zorientować, że jest obok. Widzisz kogoś takiego i myślisz sobie: Cholera, ale ja byłem głupi! I wtedy dopiero wiesz, wręcz jesteś pewien, że sobie poradzisz! Że zrobisz wszystko, by pomóc tej osobie…

Moje kompetencje się liczą.

Ale liczy się też ta Wiara w to, że sobie razem poradzimy.

Wiara, która się wtedy zachwiała.

Przez kilka głupich, nic nieznaczących słów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *