NADtroska

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

„Nagle zorientowaliśmy się bowiem, że dzieciństwo naszych dzieci bardzo różni się od naszego – na niekorzyść. Że postęp technologiczny jest super, ale nic nie zastąpi łażenia po drzewach i łobuzowania z kolegami. Że w swoim staraniu o zapewnieniu dzieciom jak najlepszej edukacji i bezpieczeństwa nieco się zagalopowaliśmy – wozimy dzieci na dziesiątki zajęć pozalekcyjnych, ale nie pozwalamy im pójść do sklepu po chleb. Bo na to nasze znające języki, jeżdżące konno i grające na pianinach dzieci są zwyczajnie za głupie. Nie poradzą sobie…”
(kobieta.gazeta.pl)

Zamieszczam taki fragment na Facebooku, opatruję go zdjęciem matki, która okleja swoje dziecko folią bąbelkową. Taką do telewizorów i innych sprzętów, żeby się nie uszkodziły, np. podczas transportu. Doskonale pasuje mi to zdjęcie do tematu „The overprotected child”. Dziecko nadmiernie chronione. No właśnie przed czym, pytam potem sama siebie i czuję palący wstyd. Dlaczego?

MOJE BŁĘDY

Co robię tego dnia przed i po opublikowaniu tego tekstu i fenomenalnego zdjęcia? Zaprowadzam syna na choinkę szkolną. Pytam w międzyczasie z dziesięć razy, czy na pewno nie chce się przebrać (można, ale nie trzeba), czy na pewno nie przyjść po niego wcześniej, czy na pewno wszystko w porządku. Potem idę z nim prawie pod klasę, bo przecież uczeń drugiej klasy nie wie, że choinka jest na sali gimnastycznej i że zbiórka jest pod klasą (?!!). Aż mój syn odwraca się do mnie widząc kolegów i mówi: Mama, możesz już iść. Tak, naprawdę, pytam z niedowierzaniem, ale nikt już mnie nie słucha, bo syn dawno pobiegł, a mnie potrącają jakieś nieznajome dzieci… A więc na pewno mogę odejść? Wracam do domu, a za trzy godziny pędzę znów do szkoły, pół godziny przed czasem. Po co? Miałam przyjść na koniec. Ale wiadomo, może syn zmienił zdanie (nie zmienił), może chce wrócić wcześniej do domu (nie, nie chce), może zachowywał się niewłaściwie (znowu nie!). No to sterczę, aż zabawa wreszcie się kończy, a mój syn stwierdza potem: Ten chłopiec na zdjęciu (ten od bąbelkowej) wygląda na takiego rozczarowanego. Czyżby, pytam? I sama sobie się dziwię. Temu co czasami wyprawiam!

MATKA…

Matka kwoka. Lub jak kto woli matka helikopter. Słowem – matka NADopiekuńcza. Nieważne jak ją nazwiemy, wiemy dokładnie o co i o kogo chodzi. Nadmiernie zainteresowana swoim dzieckiem, skupiona na jego samopoczuciu i zdrowiu, zachowaniu, wyglądzie, umiejętnościach i zdolnościach, ocenach itd. Próbująca ochronić swoje dziecko przed całym złem tego świata. Taka, której się wydaje, że jak będzie obok i zawiąże szalik, to nic złego jej dziecka nie spotka. Nie wydarzy się. Zaklinająca rzeczywistość dookoła w imię miłości do dziecka i dbałości o nie.

MIŁOŚĆ

Tak. Wierzę, że tak właśnie jest. Że matka kwoka bardzo kocha swoje dziecko i pragnie dla niego jak najlepiej. Że zrobiłaby dla niego wszystko… a nawet więcej. Dlatego zawsze jest obok. Dlatego czuwa. Pielęgnuje, pomaga. Czasem może nawet niepotrzebnie wyręcza. Skupiona na dziecku i jego potrzebach. Może za bardzo, zapewne robi wiele niepotrzebnych rzeczy. Przez to jej dziecko nie może nigdy spróbować, poeksperymentować jak koledzy. Ciągle słyszy bowiem: „Uważaj! Nie rób tego! Tylko nie spadnij, nie uderz się! Poczekaj, pomogę ci.” I rośnie, niesamodzielne i nieporadne. Lękliwe, bojące się o wszystko, a zwłaszcza o to, że samo sobie nie poradzi. Bo jak ma sobie poradzić, jeśli dotychczas nie musiało. Nie miało okazji się o tym przekonać. A może już tak przesiąkło tym przekonaniem, że tylko jedno wie na pewno: nie umiem, nie potrafię, nie uda mi się, boję się, jestem za mały, za słaby, za głupi. Czy matka kwoka chce, żeby jej dziecko tak o sobie myślało? Przecież dla niej jest NAJważniejsze! Siła komunikatu jest, tylko sposób przekazu jakby zawiódł. Za dużo, za mocno, za bardzo.

ŹRÓDŁA BYCIA KWOKĄ

Czemu tak jest? Skąd się biorą matki kwoki? Może same w dzieciństwie doświadczyły zbyt wiele matczynej troski i stale były obiektem, podmiotem, najważniejszym elementem życia rodzinnego? Wokół nich i ich potrzeb skupiało się życie domowe. A może wręcz przeciwnie, wyrosły w domach, w których nie czuły się ważne, a ich pragnienia miłości i zainteresowania ze strony bliskich dorosłych nie były dostatecznie zaspokajane. Postanowiły więc, że same będą „lepszymi” rodzicami, dbającymi o dziecko, bo same tego nie doświadczyły. A może podążyły za modą w stylu „Projekt – dziecko”, zgodnie z którą dziecko jest wyznacznikiem sukcesu rodziców, a więc trzeba o nie dostatecznie zadbać. Bo jest niczym najważniejsza inwestycja, z której można, a nawet należy być dumnym. Tylko trzeba najpierw włożyć w nie dostatecznie dużo pracy. A może dały mediom prawo do wmówienia sobie, że nikt tak jak one nie zadba o ich dziecko i nie ustrzeże go przed milionem niebezpieczeństw czyhających na każdym kroku. Inna sytuacja dotyczy faktycznych niebezpieczeństw czy przykrych sytuacji, które spotkały dziecko, jak np. choroba czy wypadek, które sprawiają, że matka zaczyna się o nie bać. Efekt jest jeden – matka staje się kwoką.

DZIECKO KWOKI

Bez względu na to skąd się wzięły, matki kwoki są i będą. Podobnie jak ich dzieci. Tyle tylko że one będą rosły i stawały się coraz bardziej nieporadne życiowo, nie potrafiące sprostać najprostszym życiowym wyzwaniom… a nawet czynnościom. No bo przecież dotychczas nie musiały, nie robiły tego. I dlatego będą bały się tego co nieznane. Wybiorą to co bezpieczne. Zapłacą za to jednak wysoką cenę – problemy psychiczne, nieumiejętność brania za siebie odpowiedzialności, brak autonomii… Czy warto tak „karać” dziecko? Pomyśl o tym następnym razem, gdy zagalopujesz się w swojej trosce o dziecko.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *