Zrób sobie prezent

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Idę na zakupy. Oglądam ładne ubrania. Podoba mi się nawet jedna sukienka. Elegancka, w kwiaty, taka jak lubię. Myślę sobie jednak: Po co mi ona? Gdzie w niej pójdę? Może raz na jakieś większe wyjście się przyda, tyle. Poza tym będzie mi zaśmiecać szafę. Poza tym ma taką cenę, że…. Niby mogłabym ją kupić, ale rezygnuję. Wychodzę ze sklepu z małym żalem w sercu. Myślę sobie zaraz, że jak będzie za połowę ceny na wyprzedaży, to się skuszę. Ale sukienka nie doczeka wyprzedaży. A ja spotkam niedługo ładną blondynkę ubraną w „moją” sukienkę. I będę jej wtedy zazdrościć! Ona z małym dzieckiem w kościele, a wystrojona niesamowicie. Fakt, wygląda pięknie. Wychodzę trochę zła na siebie, że nie kupiłam sukienki.

Pytanie: Po co? powraca do mnie niczym bumerang. Jadę więc następnego dnia, jeszcze nieco zła do sklepu i wydaję pieniądze, za które mogłabym kupić sukienkę po pełnej cenie, na swojego syna. Kupuję mu bez żalu dwie koszulki i kurtkę, dorzucam jeszcze książkę. I wychodzę zadowolona. Kupiłam coś nie dla siebie. Jestem dobrą matką! Nie żebym uważała, że złe to te, które nie wydają fortuny na swoje dzieci….

A potem piszę to i myślę, co za bzdury rodzą się w moje głowie. Że dla innych, zwłaszcza dla dzieci warto wydać każdą kwotę. Droga zabawka – żaden problem. Prezent na urodziny – przecież są raz w roku! Jeszcze Boże Narodzenie – też nie wypada oszczędzać na prezentach gwiazdkowych i mikołajkowych. Dochodzi to tego Wielkanoc. Zastanawiam się co roku, czy ja dostawałam prezenty na zająca? Mam spore wątpliwości….

Ale nie myślcie sobie, że tylko o wydawanie na dzieci chodzi. Przecież idziemy nieraz z mężem na zakupy. A panowie, wiadomo, nie lubią zakupów. Mój mąż nie jest tu bynajmniej wyjątkiem. Więc bierzemy cokolwiek co pasuje, prawie nie patrząc na cenę. Przecież mąż i ojciec nie będzie sobie głowy zaprzątał takimi drobiazgami. Ważne, że ciuch leży dobrze! A poza tym marzy mu się spokojny wieczór z piwem w dłoni, a nie wielogodzinne mierzenie ubrań. Ja to rozumiem, naprawdę, bo sama też nie lubię mierzyć, ale mąż jakoś mi nie wierzy! A marzy mi się jednak coś innego niż piwo. Zawsze tłumaczę mężowi, że przyjemność to przypadkiem spotkać coś ładnego i kupić sobie, bez względu na cenę. A to się zdarza rzadko. Dlaczego? Bo za drogie, bo nie warto, bo po co sobie kupować. I tak bez końca.

Na innych nie oszczędzamy – na sobie, owszem. Myślimy w taki oto sposób – dziecku przyda się kolejna para spodni, no i jeszcze buty. A o sobie: przecież mogę obchodzić jeszcze jeden sezon w tym płaszczu. Przecież dobry jest… Nie wiem, czy też tak macie, ale część kobiet, zwłaszcza matek niepracujących, tak! Skąd się takie szkodliwe przekonania biorą?

Otóż jestem matką, która już dawno urodziła swoje dziecko. Ale wróćmy do czasów, gdy siedzę w domu z dzieckiem. Siedzę, nie wychowuję je i zajmuję się nim, jak należałoby to co robię określić. Tylko siedzę. No więc czegóż ja potrzebuję? Niczego w gruncie rzeczy, poza parą wygodnych butów, jeansów i kilku bluzek. Najlepiej, żeby wszystko pasowało do siebie kolorystycznie itd., choć w gruncie rzeczy nie jest to chyba jednak takie istotne. Gdzież ja bowiem wychodzę głównie? Place zabaw to właściwie jedyne miejsce, które odwiedzam, nawet w weekendy. Zapomniałam oczywiście o sklepach spożywczych! Powoli więc uczę się tego, że niczego właściwie nie potrzebuję. Dziecko potrzebuje, bo wiadomo, bo małe, bo się ciągle brudzi, bo rośnie, bo chce coś mieć. Mąż potrzebuje, bo wiadomo, chodzi do pracy, musi dobrze wyglądać. A ja? Ja wolę zaoszczędzić… na sobie. Potem, kiedy mamy gdzieś wyjść pierwszy raz od trzech lat, nagle okazuje się w przeddzień wieczorem, że nie mam niczego odpowiedniego na taką okazję. Przecież przez lata nie warto było sobie kupować.

Tak rodzi się gdzieś w naszych głowach przy okazji macierzyństwa bądź w innych okolicznościach przekonanie, że nie jesteśmy warte tego, by na siebie wydać. Że warto kupować jedynie dla dzieci i w nie inwestować. Że wydawanie pieniędzy jest usprawiedliwione, jeśli wydajemy je na kogoś bliskiego. Zajęło mi to kilka lat, by dojść do wniosku, że ja też zasługuję na to, by kupić sobie ładną sukienkę i to niekoniecznie na wyprzedaży. Że mam prawo kupić coś sobie tylko dlatego, że mi się podoba i że być może kiedyś mi się przyda. A przyda się na pewno. Ostatnio kupiłam buty jakich nie kupowałam od dawna (wysokie) i okazuje się, że bardzo mi się przydają. Nigdy nie kupowałam sukienek, bo rzadko je noszę. A teraz kupiłam za jednym zamachem trzy. Bo właściwie dlaczego na to nie zasługuję? I nie chodzi tu tylko o rzeczy i ubrania, tylko przekonanie, które rodzi się gdzieś w nas w środku, że nie zasługujemy na nic, bo np. tylko siedzimy w domach i nie pracujemy. Albo pracujemy, ale nasza praca wcale nie jest taka ważna. Albo zarabiamy mniej niż mąż. Jakie to ma znaczenie? Czy oznacza to, że jesteśmy kimś gorszym, kto nie zasługuje na odrobinę przyjemności? Że wszystko co kupujemy musi być ekonomiczne, przydatne, potrzebne i najlepiej jeśli jest dla innych?

Czy nie mamy prawa same siebie rozpuszczać tak jakbyśmy były dziećmi? Przecież każda i każdy z nas kiedyś był dzieckiem i pamięta może jeszcze tę beztroskę. Może warto jej poszukać, a nie próbować ciągle zadowalać innych w imię tego, że mnie się nic nie należy. Należy mi się tyle samo co mojemu dziecku, a nawet więcej. Bo to ja na nie pracuję, ja je wychowuję, uczę i dbam o nie. I ja mu przekazuję, że ono jest dla mnie najważniejsze, bo ma najlepsze ciuchy i najnowszy model smartfona albo, że kocham je, ale nie będę spełniać jego wszystkich zachcianek, sobie jednocześnie odmawiając wszystkiego. Popatrzcie nieraz na całe rodziny. Często to właśnie dzieci prezentują się najlepiej. Powód – są naszą wizytówką, odpowiadają rodzice. Co jeśli jednak dzieci nie docenią tych naszych starań? Nam nic nie zostanie po tym, tylko wspomnienia i żal, że nie zadbaliśmy bardziej o siebie. Może nie warto czekać, aż dzieci podrosną. Pomyśl już dziś, że Tobie też się coś należy. Może pyszna kawa i ciastko w kawiarni? Może masaż lub wizyta w salonie kosmetycznym? A może nowa sukienka, taka, którą włożysz raz. Przecież Twoje dziecko na co dzień też nie chodzi w balowej sukience lub garniturze. A kupiłaś mu je, bo uważałaś, że tak trzeba. To może teraz czas pomyśleć o sobie. Co chciałbyś sobie kupić na Dzień Dziecka?

Miałam się nie przyznać, ale to zrobię. Pisząc ten wpis zamówiłam dla syna przez internet bluzę. Bo fajna, ładna, w dobrej cenie (choć nie była tania!). W tym samym sklepie podobała mi się sukienka. Ale jej nie zamówiłam. Stwierdziłam, że poczekam aż będzie tańsza. Czyli… jeszcze muszę się czegoś nauczyć!

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *