Szukając winnych

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Każdy ich ma. Lub miał.

Nie każdy nim jest lub będzie.

Jednak wielu z nas – owszem.

Wiele naszych problemów wiąże się właśnie z nimi.

Lub my sami jako Oni jesteśmy początkiem, źródłem tych problemów dla innych.

Czasem ukochani i wspaniali, kochający nas aż do przesady.

Innym razem potykający się o własne nogi z uwagi na piętno alkoholizmu lub innego uzależnienia, którym naznaczyli swoich bliskich aż nadto hojnie.

RODZICE, bo o nich mowa.

Bliscy nam lub zupełnie dalecy, obcy.

Tacy, z którymi udało nam się zbudować dobrą relację lub tacy, z którymi walczymy (walczyliśmy) całe swoje życie.

Mający swoje racje i swoje poglądy. Uczucia, wymagania i pretensje.

Tacy, dla których zawsze byliśmy idealni… lub nie potrafiący nas docenić za cokolwiek, za to krytykujący nas na każdym kroku.

Dali nam życie, jednak wielu z nas sporą część swojego życia straciło próbując coś udowodnić swoim Rodzicom, dowieść, że jesteśmy cokolwiek warci.

Ponoć bez ich aprobaty i uznania nigdy nie uda nam się poczuć tak naprawdę dobrze ze sobą i zbudować dobrych związków z innymi ludźmi.

Ciągle bowiem będziemy tymi, choć dużymi, to ciągle małymi i nieporadnymi dziećmi w środku, które szukają miłości, bo nigdy nie otrzymaliśmy jej od Rodziców.

Dziećmi, które dla tej miłości są w stanie wiele zrobić i poświęcić.

Byle tylko zasłużyć… na miłość Rodziców.

Tę, która właściwie powinna być bezwarunkowa i dana raz na zawsze.

Tę, która nigdy nie powinna się wypalić.

Tę, która nigdy nie powinna być stawiana pod znakiem zapytania z uwagi na Twoje niedoskonałości i wady.

Wreszcie tę, która powinna sprawić, że to zawsze Rodzic wyciągnie do Ciebie rękę do zgody.

A jednak nie zawsze tak jest.

Dlatego jesteśmy nieraz głęboko poranieni, niezdolni, by dać siebie innym, bo zgubiliśmy swoją cząstkę w dzieciństwie.

Nie dostaliśmy tego co nam się należało – BEZWARUNKOWEJ Miłości i Akceptacji oraz Poczucia Bezpieczeństwa.

Idziemy potem w świat nie posiadając zdolności kochania innych, bo Rodzice nie nauczyli nas jak mamy kochać samych siebie.

Ale…

Potem oglądam filmik na YouTube, gdzie trener lub psycholog mówi, że powinniśmy nie bać się nazywać błędów swoich Rodziców. Zrozumieć to, że jesteśmy tacy jacy jesteśmy, bo to Ich wina. Ich błędów, zaniedbań, nadużyć, jakich dopuścili się względem nas. Nawet jeśli nie były to jakieś wielkie traumy! Nawet jeśli wydaje się nam, że nic takiego złego nas nie spotkało ze strony Rodziców. To Oni nam zafundowali wiele zła. Więc teraz nadszedł czas, byśmy śmiało zrzucili jarzmo winy, że jesteśmy nie tacy jak powinniśmy. Bo to przez Nich. Ktoś nam mówi głośno i wyraźnie: To nie Twoja wina! To wina Twoich Rodziców! Musisz to zrozumieć, żeby poradzić sobie z pewnymi problemami i móc cieszyć się życiem.

OK, myślę sobie, kiedy tak słucham i oglądam. I rośnie we mnie ta dobrze mi znana irytacja, aż osiąga ona punkt maksimum, tak że muszę przerwać oglądanie filmiku. Rozumiem, wszystko rozumiem. To, że Rodzice uczą nas wszystkiego. Że dają nam życie i powinni zrobić wszystko, by nauczyć nas jak żyć dobrze. To że od Nich tak wiele zależy. To jacy jesteśmy i jacy będziemy. Ale…

Nie mam w sobie zgody na to, by tłumaczyć wszystkie swoje błędy, niedoskonałości i upadki błędami Rodziców. Bo wiem sama jako Rodzic, że nie sposób ich nie popełniać. Choćbym nie wiem, jak się starała i tak wiele rzeczy zrobię względem swojego dziecka nie tak, jak powinnam. Może nawet nie tak jakbym tego chciała. Ale cóż z tego… Uczę je wielu rzeczy, ale za jakiś czas ono pójdzie w swoje życie samo. Z tym w co je wyposażę, ale też z tym co sobie na tej podstawie zbuduje. Czy jeśli dam mu wiele dobrego i trochę złego, mogę być pewna, że wyrośnie z niego dobry i wartościowy człowiek? Nie. Przecież ciągle słyszymy historie o tzw. porządnych rodzicach, których dzieci dopuściły się makabrycznych zbrodni.

Czy zawsze błędy dzieci to wina ich Rodziców?

Myślę, że to wygodne wytłumaczenie, które pozwala nam zrzucić niewygodny dla nas ciężar. Że nasze niedoskonałe życie to nie nasza, a przynajmniej niezupełnie, „zasługa”. Taki rodzaj usprawiedliwienia i rozgrzeszenia. Mógłbym postąpić inaczej, gdyby… Gdybym miał innych Rodziców. Czyżby? Nigdy się tego nie dowiesz…

Nie podważam sensu psychoterapii, w której pacjent przepracowuje krzywdy jakich doznał w dzieciństwie, zwłaszcza jeśli były to poważne traumy. Ale nie uważam też, że powinniśmy uwypuklać i podkreślać błędy własnych Rodziców na każdym kroku po to, żeby nam było łatwiej i lżej. Nikt z nas sam jako Rodzic nie chciałby być tak potraktowany. Przecież wszędzie pełno jest nieperfekcyjnych Rodziców, także w sieci, którzy śmiało przyznają się, że daleko im do ideału. Gdzie więc są ci idealni Rodzice, których dzieci nie muszą przerzucać na nich odpowiedzialności za wszystko co złe i nieudane?

Nie ma idealnych Rodziców. Ja to wiem. Ty pewnie także. Choć może czasami trudno jest to otwarcie przyznać. Zwłaszcza przed sobą, że się samemu nie jest idealnym…

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *